Dermascan Lorin Lex Beauty

Zadzwoń Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: organizacja

Dermascan Lorin Lex Beauty Lex Beauty Lorin kosmetologia oparta na wiedzy, fizjologii skóry i bezpieczeństwie. Szkolenia specjalistyczne dla branży Beauty, konsultacje

Mariola Sater-Kołaczuch, kosmetolog z wykształceniem medycznym i ponad 24-letnim doświadczeniem zawodowym. Parking przed budynkiem

13/10/2026

Ze specjalną dedykacją.❤️❤️❤️

JAK ŁATWO ZROBIĆ Z KŁAMSTWA „FAKT”, KIEDY BARDZO CHCE SIĘ KOGOŚ UPOKORZYĆ.Czasem zastanawiam się, jak daleko można się p...
13/10/2026

JAK ŁATWO ZROBIĆ Z KŁAMSTWA „FAKT”, KIEDY BARDZO CHCE SIĘ KOGOŚ UPOKORZYĆ.

Czasem zastanawiam się, jak daleko można się posunąć, żeby za wszelką cenę znaleźć coś przeciwko drugiej osobie.

Okazuje się, że bardzo daleko.

Od dłuższego czasu istnieje strona, na której regularnie pojawiają się treści dotyczące mnie. Śledzone są moje publikacje, komentarze pod nimi, wypowiedzi innych osób, właściwie każdy ruch w mediach społecznościowych.

I ostatnio wydarzyło się coś, co idealnie pokazuje mechanizm takiej działalności.

Pod jednym z moich postów moja stała obserwatorka napisała bardzo mocny komentarz:

„rynsztok, anarchia patologiczna, która uważa się za elitę…”

Brzmi ostro.

I dokładnie ten fragment został wykorzystany do stworzenia narracji:

„Popatrzcie. Nawet jej własna obserwatorka nazywa ją rynsztokiem”.

Problem jest tylko jeden.

TO NIE BYŁ KOMENTARZ O MNIE.

Autorka wypowiedzi sama później wyjaśniła to wprost.

Napisała, że uważa moje posty za merytoryczne, a określenia „rynsztok” i „anarchia” odnosiły się do osób z branży beauty, które jej zdaniem wprowadzają klientów w błąd w kwestii kwalifikacji i uprawnień do wykonywania określonych procedur.
I czasem patrząc na takie właśnie zachowania trudno mi się z tym komentarzem nie zgodzić. Oczywiście nie pakuje wszystkich do jednego „worka”
Są naprawdę wartościowe osoby w naszej branży i szanuję je za ich pracę i podejście.

Niestety ludzi, którzy nie przestrzegają prawa i wykazują nieetyczne zachowania wobec klientów czy innych, trudno czasem nazwać bardziej „delikatnie”
I co się wydarzyło? Jaka jest prawdziwa historia tego komentarza?

Niestety wydarzyło się dokładnie odwrotnie niż próbowano to przedstawić.
Tak działają manipulatorzy.

I właśnie dlatego pokazuję tę historię.

Bo tak powstaje manipulacja.

Nie trzeba wymyślać całkowicie nowej historii.

Wystarczy:

wyrwać jedno zdanie z kontekstu,

pominąć wcześniejszą rozmowę,

przemilczeć późniejsze wyjaśnienie autora,

a następnie dorobić własną interpretację.

I gotowe.

Powstaje „dowód”.

Tylko że nie na to, na co miał być dowodem.

Najbardziej znamienne jest dla mnie coś innego.

Żeby znaleźć taki komentarz, trzeba naprawdę bardzo uważnie śledzić cudzy profil, czytać dyskusje, analizować wypowiedzi obserwatorów i czekać na fragment, który będzie można wykorzystać.

I właśnie tutaj kończy się merytoryczna polemika.

Bo jeżeli ktoś chce dyskutować ze mną o kosmetologii, medycynie estetycznej, bezpieczeństwie zabiegów, prawie czy badaniach naukowych, zapraszam.

Możemy różnić się poglądami.

Możemy się spierać.

Możemy sobie przedstawiać publikacje, przepisy i argumenty.

Ale manipulowanie cudzą wypowiedzią tylko po to, żeby wywołać u odbiorcy określone wrażenie, nie jest dyskusją.

To jest manipulacja przekazem.

A internet ma jedną niewygodną właściwość.

Screeny zostają.

I czasem wystarczy przeczytać trzy komentarze dalej, żeby cała efektowna narracja rozsypała się jak domek z kart.

Ta sytuacja mówi też bardzo dużo o części naszej branży.

Branży, która tak chętnie mówi o etyce, profesjonalizmie, klasie i wspieraniu kobiet.

A jednocześnie potrafi poświęcić ogromną ilość energii nie na zdobywanie wiedzy, tylko na szukanie sposobu, żeby kogoś ośmieszyć.

Ja naprawdę wolałabym, żebyśmy z taką samą determinacją czytali instrukcje producentów, publikacje naukowe i przepisy prawa.

Branża beauty miałaby z tego zdecydowanie więcej pożytku.

A osobom, które tak dokładnie analizują każdy mój komentarz, mogę powiedzieć tylko jedno:

czytajcie dalej.

Tylko następnym razem przeczytajcie również odpowiedź pod nim.

Bo kontekst ma paskudny zwyczaj psuć pięknie skonstruowaną manipulację.
I właśnie ta narracja, posypała się droga koleżanko z branży.
Może wróć do podstawówki?
Tam przypomnisz sobie czytanie ze zrozumieniem, bo jak widzimy chyba dużo lekcji musiałaś opuszczać. I przez to posypała Ci się twoja „ twórcza” narracja.

Miało być pięknie a co wyszło? Kompromitacja na całej lini.
Teraz przynajmniej możesz doczytać komentarz ze zrozumieniem ….

SPRAY, KTÓRY WYGLĄDA JAK WODA.A chemicznie jest częścią naszego układu odpornościowego.I nie, nie mówię o wodzie termaln...
13/10/2026

SPRAY, KTÓRY WYGLĄDA JAK WODA.

A chemicznie jest częścią naszego układu odpornościowego.

I nie, nie mówię o wodzie termalnej.

Mówię o kwasie podchlorawym, HOCl.

Jeżeli jeszcze o nim nie słyszeliście, zapamiętajcie tę nazwę. To jeden z tych beauty trendów, przy których po zajrzeniu do PubMedu nie mam ochoty przewracać oczami.

Bo tym razem marketing nie wymyślił cząsteczki od zera.

HOCl powstaje również w naszym organizmie. Neutrofile wykorzystują układ mieloperoksydazy do wytwarzania kwasu podchlorawego jako elementu przeciwdrobnoustrojowego arsenału odporności wrodzonej.

Czyli natura znała HOCl długo przed TikTokiem.

Ale teraz rzecz najważniejsza.

HOCl NIE JEST „CHLOREM DO TWARZY”.

I zdecydowanie nie oznacza, że można rozcieńczyć domowy wybielacz i zrobić sobie mgiełkę DIY.

Proszę tego nawet nie wpisywać na listę weekendowych eksperymentów.

Kwas podchlorawy, podchloryn sodu i domowy środek chlorowy to nie są kosmetycznie wymienne pojęcia.

W gotowym preparacie znaczenie mają:

stężenie HOCl,
pH,
czystość roztworu,
proces produkcji,
stabilizacja,
opakowanie,
warunki przechowywania
oraz czas od wyprodukowania.

I właśnie tutaj robi się ciekawie.

Publikacja z 7 września 2026 roku w „Advances in Skin & Wound Care” zwraca uwagę, że w roztworze HOCl pozostaje w równowadze z jonem podchlorynowym OCl⁻, a proporcje mogą zależeć między innymi od procesu produkcji, sposobu stabilizacji i pH. Parametry roztworu mogą również zmieniać się z czasem.

Czyli kolejny raz okazuje się, że:

NIE WYSTARCZY NAPISAĆ „HYPOCHLOROUS ACID” NA BUTELCE.

Formulacja ma znaczenie.

CO WIEMY O DZIAŁANIU HOCl?

Tutaj zaczynają się konkrety.

HOCl ma dobrze udokumentowane działanie przeciwdrobnoustrojowe.

Badania in vitro wykazały aktywność wobec wielu mikroorganizmów związanych ze skórą, w tym Staphylococcus aureus, MRSA, Staphylococcus epidermidis, Pseudomonas aeruginosa czy Cutibacterium acnes.

Ale mamy również dane kliniczne.

W randomizowanym badaniu opublikowanym w „Acta Dermato-Venereologica” stabilizowany HOCl zastosowany na eksperymentalne rany u zdrowych ochotników powodował mniejszą liczbę bakterii, a po czterech dniach reepitelializacja była o 14% większa niż po zastosowaniu soli fizjologicznej.

To już nie TikTok.

To badanie na ludziach.

Nowsze badania nad ranami przewlekłymi również wskazują na dobrą tolerancję i działanie przeciwdrobnoustrojowe preparatów opartych na HOCl.

Literatura opisuje ponadto właściwości przeciwzapalne, immunomodulujące i możliwe wsparcie procesu gojenia.

ALE.

Zanim internet zrobi z HOCl lekarstwo na:

trądzik,
rosacea,
AZS,
łupież,
zmarszczki,
„barierę hydrolipidową”
i toksycznego byłego partnera,

ustalmy jedno.

HOCl NIE JEST LEKIEM NA WSZYSTKO.

Nie zastępuje retinoidu w leczeniu trądziku.

Nie zastępuje terapii dermatologicznej rosacea.

Nie jest samodzielnym leczeniem AZS.

Nie odbuduje bariery skóry zamiast odpowiedniej pielęgnacji.

Nie pobudza kolagenu w sposób porównywalny z retinoidami.

I nie jest cudowną substancją anti-aging.

Najlepsze dane kliniczne dotyczą przede wszystkim działania przeciwdrobnoustrojowego, antyseptycznego i zastosowania w leczeniu ran.

I właśnie dlatego HOCl jest interesujący.

Nie musi robić wszystkiego.

Wystarczy, że dobrze robi to, do czego rzeczywiście się nadaje.

GDZIE WIDZĘ DLA NIEGO SENS?

Jako prosty preparat wspomagający pielęgnację skóry problematycznej.

Po treningu czy w podróży, kiedy chcemy ograniczyć dodatkowe obciążanie skóry agresywnymi preparatami.

W wybranych sytuacjach przy skórze reaktywnej.

W niektórych zastosowaniach około zabiegowych i przy pielęgnacji ran, ALE wyłącznie wtedy, gdy konkretny produkt jest do tego przeznaczony.

I to ostatnie zdanie jest bardzo ważne.

Nie można przenosić wyników badań preparatu medycznego przeznaczonego do ran na dowolny kosmetyczny spray z HOCl.

To częsty błąd.

TEN SAM SKŁADNIK NIE OZNACZA TEGO SAMEGO PRODUKTU.

Spójrzcie na trzy przykłady.

MARIO BADESCU REPAIRING FACIAL SPRAY WITH HYPOCHLOROUS ACID

Skład:

Water,
Sodium Chloride,
Hypochlorous Acid.

Trzy składniki.

Produkt jest dostępny w Polsce między innymi w Topestetic i Notino.

Prosta formuła, która akurat w przypadku HOCl bardzo do mnie przemawia.

PURITO SEOUL HYPOCHLOROUS ACID RESCUE SPRAY

Tutaj producent podaje konkretnie:

104 ppm HOCl.

Ale formuła jest znacznie bardziej rozbudowana.

Znajdziemy w niej między innymi propanediol, 5% wody oczarowej, wodę różaną i kilka ekstraktów roślinnych.

Czy produkt jest przez to zły?

Nie.

Ale jeżeli mam bardzo reaktywną skórę, nie wychodzę z założenia:

więcej składników = więcej korzyści.

HOCl nie potrzebuje chóru, orkiestry i tancerzy w tle, żeby działać.

Co ciekawe, sam producent PURITO zaleca również, aby nie stosować tego konkretnego produktu na skórę zranioną, uszkodzoną lub podrażnioną.

I właśnie dlatego trzeba czytać instrukcję konkretnego produktu zamiast kopiować zastosowania HOCl z internetu.

BRIOTECH TOPICAL SKIN SPRAY

Tu robi się jeszcze ciekawiej.

Producent podaje:

0,014% HOCl,

czyli

140 ppm,

oraz pH około 4,0 do 5,2.

Skład:

Aqua,
Sodium Chloride,
Hypochlorous Acid.

Trzy składniki.

I właśnie takich informacji oczekuję od producenta.

Nie tylko:

„oczyszcza”
„uspokaja”
„detoksykuje”
„przywraca harmonię komórkom”.

Chcę wiedzieć:

ILE?

JAKIE pH?

JAK STABILNE?

JAK PRZECHOWYWAĆ?

DO CZEGO PRODUKT JEST PRZEZNACZONY?

Bo w przypadku HOCl PARAMETRY są ważniejsze niż poezja na opakowaniu.

JAK WYBIERAĆ?

Nie szukaj największego napisu HOCl.

Szukaj informacji.

Preparat powinien być przeznaczony do stosowania na skórę.

Dobrze, jeżeli producent podaje stężenie HOCl w procentach lub ppm.

Sprawdź zalecenia dotyczące przechowywania i termin przydatności.

Nie przelewaj preparatu do pięknej szklanej buteleczki tylko dlatego, że lepiej wygląda na półce.

Nie produkuj HOCl z domowych środków chlorowych.

I nie kupuj preparatu do dezynfekcji powierzchni z myślą:

„HOCl to HOCl”.

Nie.

Produkt przeznaczony do skóry ma być przeznaczony DO SKÓRY.

A TERAZ PYTANIE ZA MILION.

Czy potrzebujesz HOCl?

Nie.

Skóra nie przestanie funkcjonować, jeżeli nie pojawi się w twojej łazience kolejna butelka.

Ale czy jest to trend, któremu warto się przyjrzeć?

Tak.

Bo za nim stoi coś więcej niż influencer z kodem rabatowym.

Jest mechanizm biologiczny.

Jest działanie przeciwdrobnoustrojowe.

Są badania in vitro.

Są badania na ludziach.

Są randomizowane badania kliniczne dotyczące ran.

Są nowe przeglądy literatury.

I jednocześnie nadal istnieją pytania o optymalne stężenia, stabilność formulacji i to, jak daleko możemy przenosić dane medyczne na codzienną pielęgnację kosmetyczną.

Czyli dokładnie tak, jak lubię.

Bez zachwytu przed przeczytaniem badań.

Bez hejtu tylko dlatego, że coś stało się modne.

Najpierw PUBMED.

Potem opinia.

A jeśli mam wybierać między kolejnym serum:

„SALMON DNA QUANTUM REJUVENATION CELLULAR MATRIX 9D”

a trzema składnikami, których mechanizm działania potrafię wyjaśnić…

biorę tę mniej widowiskową butelkę.

Nawet jeśli wygląda jak woda.

A Wy?

Znaliście wcześniej HOCl, czy dopiero internet właśnie Wam go sprzedaje?

Wiecie, dlaczego tak bardzo niektórym przeszkadzam?Bo mówię rzeczy, których wygodniej byłoby nie mówić.Jestem kosmetolog...
13/10/2026

Wiecie, dlaczego tak bardzo niektórym przeszkadzam?

Bo mówię rzeczy, których wygodniej byłoby nie mówić.

Jestem kosmetologiem. Jestem w tej branży od lat. Znam ją od środka. I właśnie dlatego widzę nie tylko to, co pięknie wygląda w reklamie, ale też to, czego nikt nie chce pokazywać.

Marketing zamiast badań.

Certyfikat zamiast kompetencji.

„Autorski protokół” zamiast instrukcji producenta.

Urządzenie, które podobno robi wszystko.

Zabieg reklamowany jako bezpieczny, dopóki nie pojawi się powikłanie.

I kiedy pytam:

gdzie są badania?

gdzie jest instrukcja?

gdzie jest certyfikacja?

kto powinien to wykonywać?

co robicie, kiedy coś pójdzie nie tak?

nagle rozmowa o faktach bardzo często zamienia się w rozmowę o mnie.

O moim wieku.

O wyglądzie.

O tym, czy mam klientów.

Czy pracuję przy fotelu.

Czy jestem „zazdrosna”.
Czy jestem prawdziwa.

To jest bardzo charakterystyczne.

Kiedy kończą się argumenty, zaczyna się analizowanie człowieka.

A ja już dawno zrozumiałam coś ważnego.

Ludzie, którzy z ogromną pasją piszą o innych, bardzo często opowiadają przede wszystkim o sobie.

O swoich brakach.

Kompleksach.

Lękach.

Ambicjach.

O tym, czego sami nie potrafią sobie poukładać.

Dlatego jedna osoba czyta mój post i myśli: „warto to sprawdzić”.

Druga czuje się osobiście dotknięta, mimo że nikt nawet nie wymienił jej nazwiska.

I to mówi bardzo dużo.

Ostatnie próby prowokowania mnie zaczynają już momentami bawić.

Śledzenie relacji.

Analizowanie każdego słowa.

Fałszywe konta.

Szukanie sensacji.

Naprawdę?

Gdyby tyle energii przeznaczyć na czytanie publikacji naukowych, ta branża byłaby dziś kilka poziomów wyżej.

Najbardziej przewrotne jest jednak to, że część osób, które kiedyś mnie hejtowały, dziś do mnie pisze.

Pytają.

Konsultują.

Proszą o opinię.

I to akurat szanuję.

Bo dojrzałość nie polega na tym, że nigdy się nie mylimy.

Polega na tym, że umiemy zmienić zdanie, kiedy pojawiają się fakty.

Ja nie potrzebuję, żeby wszyscy mnie lubili.

Chcę, żeby ludzie zaczęli myśleć.

Sprawdzać.

Czytać.

Nie wierzyć we wszystko, co dobrze się sprzedaje.

Bo świadomy klient i świadomy specjalista są największym problemem dla marketingu opartego na półprawdach.

I może właśnie dlatego tak bardzo niektórym przeszkadzam.

Bo nie pytam, czy coś dobrze wygląda.

Pytam, czy to jest prawda.

A na koniec jedno.

Gdybym była szarą myszką, nikt nie analizowałby każdego mojego zdania.

Nikt nie próbowałby mnie uciszać.

Nikt nie poświęcałby mi tylu godzin własnego życia.

Widoczność ma swoją cenę.

Ale ma też przewagę.

Każdy, kto próbuje mnie pomniejszyć, sprawia, że moje nazwisko dociera dalej.

Każdy atak powoduje, że ktoś nowy tutaj zagląda.

Każda próba ośmieszenia mnie kończy się tym, że kolejne osoby zaczynają czytać to, co piszę.

Dlatego nie muszę być lubiana.

Wystarczy, że jestem słyszana.

Bo człowieka naprawdę nieważnego się nie zwalcza.

Przechodzi się obok niego obojętnie.

A jeśli ktoś nie potrafi przejść obok mnie obojętnie, to znaczy, że już dawno przestałam być dla niego „mała.”

I właśnie dziś dostałam wiadomość, która jest dla mnie odpowiedzią na cały ten hejt.
Takich wiadomości dostaje naprawdę dużo. Są zawsze dla mnie ważne, wyciągam wnioski i naprawdę się wzruszam ale pozytywnie ….

Ta jest od osoby, która od lat prowadzi własny gabinet:

„Dziękuję za ogromną wiedzę, za odwagę pisania całej prawdy o mitach kosmetyki. Dziękuję za utwierdzenie, że można traktować skórę z szacunkiem, a nie być dla niej jak rzeźnik.”

I wiecie co?

Dla takiej wiadomości warto przyjąć sto złośliwych komentarzy.

Bo właśnie po to piszę.

Nie po to, żeby cała branża mnie lubiła. Po to, żeby ktoś zatrzymał rękę przed kolejnym niepotrzebnym zabiegiem. Żeby ktoś przeczytał badanie zamiast reklamy. Żeby ktoś spojrzał na skórę jak na żywą tkankę, a nie pole do wykonywania kolejnych procedur.

Moi przeciwnicy mogą mówić o mnie godzinami.

Ale dopóki po drugiej stronie pojawia się choć jedna osoba, która dzięki temu zaczyna pracować rozsądniej, bezpieczniej i bardziej świadomie, wiem, że moja praca ma sens.

I chyba na tym polega prawdziwa różnica między rozgłosem a wpływem. Rozgłos sprawia, że ludzie znają twoje nazwisko. Wpływ sprawia, że po przeczytaniu twoich słów zaczynają coś robić inaczej.

Ja wybieram wpływ.

A paradoks jest taki, że ci, którzy próbują mnie uciszyć, każdego dnia pomagają mi docierać jeszcze dalej.

Nie muszę wygrać każdej dyskusji. Wystarczy, że moje słowa zmieniają czyjeś myślenie. I tego żaden hejt już mi nie odbierze.
Także dziękuję Wam moi „ hejterzy” dzięki Wam moje słowo się niesie… a to darmowa reklama ❤️❤️❤️

CHCESZ KUPIĆ MASKĘ LED?NIE PATRZ NA LICZBĘ KOLORÓW.PATRZ NA TE 5 PARAMETRÓW.Bo maska może kosztować 300 zł.Może kosztowa...
12/10/2026

CHCESZ KUPIĆ MASKĘ LED?

NIE PATRZ NA LICZBĘ KOLORÓW.

PATRZ NA TE 5 PARAMETRÓW.

Bo maska może kosztować 300 zł.

Może kosztować 3000 zł.

Może mieć aplikację, złote wykończenie i siedem kolorów tęczy.

A jeśli producent nie potrafi powiedzieć, jaką dawkę światła faktycznie dostaje Twoja skóra, kupujesz trochę kota w worku.

Tylko że świecącego.

Zapisz ten post przed zakupem maski LED.

✅DŁUGOŚĆ FALI

To pierwsza rzecz, której szukam.

Jeżeli celem jest fotobiomodulacja skóry i działanie związane z fotostarzeniem, najwięcej sensownych danych klinicznych dotyczy przede wszystkim:

ŚWIATŁA CZERWONEGO
około 630–660 nm

oraz

BLISKIEJ PODCZERWIENI, NIR
około 810–850 nm.

Przykłady z badań:

630 nm + 850 nm

637 nm + 854 nm

660 nm

To nie są przypadkowe liczby.

Takie zakresy pojawiają się w badaniach urządzeń domowych i klinicznych dotyczących skóry.

Czy maska musi mieć oba zakresy?

Nie.

Samo światło czerwone 660 nm również było badane.

Natomiast jeżeli producent reklamuje:

zielone na przebarwienia,
żółte na zmarszczki,
fioletowe na regenerację,
turkusowe na „detoks”,

to chciałabym zobaczyć badania konkretnego zastosowania.

Kolor nie jest dowodem.

✅IRRADIANCJA, CZYLI mW/cm²

I tutaj zaczyna się prawdziwy test producenta.

Zapytaj:

ILE mW/cm² DOCIERA DO SKÓRY?

Nie ile watów pobiera urządzenie.

Nie jaka jest „moc lampy”.

Nie ile ma diod.

Interesuje Cię gęstość mocy na powierzchni skóry.

W jednym randomizowanym badaniu z 2025 roku zastosowano maskę:

660 ± 10 nm
6,4 mW/cm²
8,05 J/cm²
21 minut.

W innym dużym badaniu domowej maski:

630 nm + 850 nm

maksymalnie około 10 mW/cm² dla każdego zakresu

9 minut

5 razy w tygodniu.

Czyli uwaga:

MASKA NIE MUSI GRZAĆ TWARZY ANI OŚLEPIAĆ SĄSIADÓW, ŻEBY DZIAŁAĆ.

Fotobiomodulacja nie jest konkursem na najmocniejszą lampę.

✅DAWKA, CZYLI J/cm²

To prawdopodobnie najbardziej ignorowany parametr.

A jeden z najważniejszych.

Irradiancja mówi, jak intensywnie świecimy.

Dawka mówi, ile energii ostatecznie dostarczyliśmy.

Najprościej:

moc × czas = dawka.

Przykład:

10 mW/cm² przez 10 minut daje około 6 J/cm².

Dlatego samo:

„nasza maska ma 30 mW/cm²”

niewiele mi mówi.

Muszę wiedzieć jeszcze, jak długo trwa sesja.

W badaniu Bragato wykorzystano około 8 J/cm² przy 660 nm.

Ale uwaga.

To NIE oznacza, że 8 J/cm² jest magiczną dawką idealną dla każdej maski.

Badania PBM nadal wykorzystują bardzo różne parametry.

I właśnie dlatego producent powinien podawać kompletną specyfikację.

✅CZAS ZABIEGU

5 minut?

10 minut?

20 minut?

Sam czas również niczego nie mówi bez irradiancji.

Maska o niższej gęstości mocy może potrzebować dłuższej ekspozycji.

Urządzenie o większej irradiancji może osiągnąć podobną dawkę szybciej.

Dlatego reklama:

„TYLKO 3 MINUTY DZIENNIE!”

nie robi na mnie większego wrażenia.

Najpierw pokażcie parametry.

Potem będziemy rozmawiać o minutach.

✅ODLEGŁOŚĆ OD SKÓRY

To szczegół, którego prawie nikt nie sprawdza.

A może mieć ogromne znaczenie.

Irradiancja mierzona przy samej diodzie nie musi być taka sama jak irradiancja docierająca do skóry kilka centymetrów dalej.

Dlatego dobrze zaprojektowana maska powinna mieć powtarzalne ułożenie względem twarzy.

Jeżeli producent podaje:

„50 mW/cm²”

chciałabym wiedzieć:

GDZIE TO ZMIERZONO?

Przy diodzie?

1 cm od niej?

Na powierzchni odpowiadającej położeniu skóry?

Bo bez tego liczba może wyglądać imponująco głównie na pudełku.

A TERAZ NAJWAŻNIEJSZE.

CZYM DLA MNIE JEST DOBRA MASKA LED?

Nie tą, która ma najwięcej kolorów.

Nie tą, którą reklamuje najładniejsza influencerka.

Nie tą, która kosztuje najwięcej.

Szukam urządzenia, którego producent potrafi podać:

✅dokładną długość fali, nm

✅irradiancję na skórze, mW/cm²

✅dawkę energii, J/cm²

✅czas pojedynczej sesji

✅zalecaną częstotliwość stosowania

✅sposób pomiaru parametrów

✅dane dotyczące bezpieczeństwa oczu

✅najlepiej badania własnego urządzenia lub urządzenia o bardzo zbliżonych parametrach.

A TERAZ CZERWONE FLAGI.

❌ „7 kolorów = 7 terapii”

❌ brak informacji o nm

❌ brak mW/cm²

❌ brak J/cm²

❌ podawanie wyłącznie liczby diod

❌ „im mocniejsza, tym skuteczniejsza”

❌ obietnica liftingu, usuwania zmarszczek, trądziku, przebarwień i wszystkiego pomiędzy jednym urządzeniem

❌ parametry, których producent nie potrafi wyjaśnić.

I jedno zdanie, które warto zapamiętać:

JEŻELI PRODUCENT MASKI LED NIE PODAJE DAWKI ŚWIATŁA, TO SKĄD WIE, JAKĄ TERAPIĘ WŁAŚCIWIE SPRZEDAJE?

Bo LED może być świetną technologią domową.

W 2026 roku przegląd urządzeń domowych ocenił dowody dla LED stosowanego w odmładzaniu jako umiarkowane.

Czyli to nie jest pseudonauka.

Ale nie jest też tak, że każda lampka świecąca na czerwono staje się urządzeniem do fotobiomodulacji.

Różnicę robią:

FALA.

MOC.

DAWKA.

CZAS.

I badania.

A nie liczba kolorów na pilocie.

Zapiszcie sobie ten post.

Przyda się bardziej niż kolejna lista „10 najlepszych masek LED według TikToka”.

STYMULATOR” NIE JEST MAGICZNYM SŁOWEM, KTÓRE ZMIENIA KOSMETYK W PREPARAT DO WSTRZYKIWANIANa jednej z grup dotyczących po...
12/10/2026

STYMULATOR” NIE JEST MAGICZNYM SŁOWEM, KTÓRE ZMIENIA KOSMETYK W PREPARAT DO WSTRZYKIWANIA

Na jednej z grup dotyczących powikłań pojawił się wpis kobiety szukającej lekarza.

Trzy tygodnie wcześniej wykonano jej zabieg pod oczy preparatem DIVES MED Bright Eyes. Zostały miękkie grudki. Nie bolą, ale nie znikają. Według autorki wpisu kosmetolog zaleciła masaż.

Po trzech tygodniach pacjentka nadal szuka pomocy.

I właśnie dlatego pokazuję ten przypadek.

Nie po to, żeby kogokolwiek ośmieszać. Nie po to, żeby robić zasięgi na czyimś powikłaniu.

Po to, żeby ktoś przed następnym zabiegiem zadał jedno bardzo proste pytanie: CO DOKŁADNIE CHCECIE MI WSTRZYKNĄĆ?

Bo sprawdziłam dokumentację tego preparatu.

I robi się bardzo niewygodnie.

CO PISZE SAM PRODUCENT?

Na oficjalnej międzynarodowej stronie DIVES MED preparat Bright Eyes jest określony jako:

„cosmetic formula”

Producent podaje również jednoznacznie:

„For external use only.”

Czyli do użytku zewnętrznego.

A co znajdziemy na polskiej stronie DIVES MED?

W przeznaczeniu Bright Eyes wymieniono:

mezoterapię mikroigłową, mezoterapię bezigłową, sonoforezę, jonoforezę i infuzję tlenową.

Nie ma tam mezoterapii igłowej. Nie ma podania śródskórnego igłą. Nie ma iniekcji.

I teraz najważniejsze.

To nie jest czepianie się słówek.

Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady nr 1223/2009 dotyczące produktów kosmetycznych mówi wprost, że substancja lub mieszanina przeznaczona do wstrzykiwania lub implantowania do organizmu człowieka nie jest produktem kosmetycznym.

A WIĘC „STYMULATOR” CZEGO WŁAŚCIWIE?

W branży beauty zrobiło się ostatnio niezwykle wygodnie.

Preparat dostaje nazwę „stymulator”.

I nagle część odbiorców przestaje pytać:

Czy jest przeznaczony do iniekcji?

Jaki ma status prawny?

Co mówi instrukcja?

Jaką drogę podania przewidział producent?

Czy istnieje dokumentacja bezpieczeństwa dla podania śródskórnego?

Nie.

Wystarczy powiedzieć:

„To stymulator tkankowy”.

Tylko że „stymulator tkankowy” nie jest zaklęciem zmieniającym przeznaczenie produktu.

Marketing nie zastępuje dokumentacji.

Szkolenie nie zastępuje instrukcji.

Certyfikat ukończenia kursu nie zmienia produktu kosmetycznego w produkt przeznaczony do iniekcji.

Wiem, z wypowiedzi kursantek,że niestety praktyki podawania produktów bez certyfikacji, metoda iniekcji jest niestety powszechne. I nie są to plotki, sama to sprawdziłam.
Więc najwyższe czas aby sama firma zaczęła na to zwracać uwagę.

I CHCECIE ZOBACZYĆ RÓŻNICĘ?

Ten sam producent oferuje EyeTouch20.

I tutaj dokumentacja wygląda zupełnie inaczej.

DIVES MED określa go jako medical device, podaje CE0297, pisze wprost „intended for injection” i opisuje techniki podania, między innymi depozytową oraz kaniulą.

Czyli producent potrafi bardzo jasno napisać:

PREPARAT DO INIEKCJI.

Kiedy rzeczywiście taki jest.

I to jest właśnie element, który powinien zapalić czerwoną lampkę.

A CO ZE SZKOLENIAMI?

DIVES MED oficjalnie prowadzi Akademię i szkolenia między innymi ze stymulatorów tkankowych, mezoterapii oraz procedur Top Model Eyes. Firma informuje, że podczas szkoleń zapewnia produkty wykorzystywane przy zabiegach, a część praktyczna stanowi istotną część programu.

Natomiast w publicznie dostępnych materiałach, które sprawdziłam, nie znalazłam dokumentu producenta dopuszczającego Bright Eyes do klasycznej iniekcji.

Dlatego nie będę twierdziła czegoś, czego nie mogę udowodnić.

Ale jeżeli podczas szkolenia Bright Eyes jest rzeczywiście podawany igłą, odpowiedź powinna być bardzo prosta:

proszę pokazać instrukcję producenta, która dopuszcza tę drogę podania.

Nie prezentację trenera.

Nie film z Instagrama.

Nie „my tak robimy od lat”.

Nie certyfikat szkolenia.

Dokumentację produktu.

Bo szkoleniowiec nie może własną prezentacją zmienić deklarowanego przeznaczenia preparatu.

I JESZCZE JEDNO: NIE CHOWAJMY WSZYSTKIEGO POD SŁOWEM „OFF LABEL”

To określenie brzmi profesjonalnie i uspokajająco.

Tymczasem tutaj najpierw należy odpowiedzieć na znacznie bardziej podstawowe pytanie:

czy produkt w ogóle został wprowadzony jako produkt przeznaczony do wstrzykiwania?

Bo czym innym jest użycie produktu medycznego poza jego zatwierdzonym wskazaniem, a czym innym wstrzyknięcie preparatu, którego producent opisuje jako kosmetyczny i przeznaczony do stosowania zewnętrznego.

To nie jest detal semantyczny.

To kwestia bezpieczeństwa.

DLATEGO PRZED ZABIEGIEM PYTAJCIE

Nie tylko: „co mi pani poda?”.

Zapytajcie o pełną nazwę handlową preparatu, producenta, deklarowane przeznaczenie, instrukcję używania, status produktu i oznakowanie CE, jeśli ma zastosowanie. Poproście o informację, jak produkt ma być podany zgodnie z dokumentacją oraz co przewidziano na wypadek powikłania.

Zapiszcie nazwę i numer serii.

To jest wasza twarz.

Nie ma nic niestosownego w zadawaniu pytań.

Niestosowne byłoby oczekiwanie, że pacjent ma po prostu zaufać, bo na ścianie wisi certyfikat ze szkolenia.

DLACZEGO PUBLIKUJĘ TEN SCREEN?

Ponieważ problem jest ważny i wciąż pojawia się na grupach dotyczących powikłań po zabiegach estetycznych.

Korzystam z fragmentu publikacji w celu komentarza, analizy i edukacji. Nie publikuję go po to, żeby uzyskiwać zasięgi na nieszczęściu konkretnej osoby.

Wręcz przeciwnie.

Chciałabym, żeby takich postów było mniej.

Żeby pacjentka przed zabiegiem wiedziała, jaki preparat ma zostać podany, a nie dowiadywała się o jego statusie trzy tygodnie później, kiedy szuka lekarza.

Źródło zdjęcia: zrzut ekranu z posta opublikowanego w grupie Facebook „Medycyna Estetyczna POMOC, powikłania, pytania, efekty zabiegów”, autor: anonimowy uczestnik grupy. Fragment wykorzystany w celu analizy i komentarza problemu, w ramach prawa cytatu.

I na koniec jedno zdanie, które warto zapamiętać:

STERYLNA AMPUŁKA NIE OZNACZA „DO INIEKCJI”. A SZKOLENIE NIE ZMIENIA PRZEZNACZENIA PRODUKTU.

Najpierw dokumentacja. Potem igła. Nigdy odwrotnie.

SERUM ZA 300 ZŁ CZY GLICERYNA ZA GROSZE?Jeśli chodzi o nawilżenie skóry, cena nie jest mechanizmem działania.Twoja skóra...
12/10/2026

SERUM ZA 300 ZŁ CZY GLICERYNA ZA GROSZE?

Jeśli chodzi o nawilżenie skóry, cena nie jest mechanizmem działania.

Twoja skóra nie wie, czy serum nawilżające kosztowało 39 zł, 139 zł czy 339 zł.

Nie czyta reklamy.
Nie zna marki.
Nie zachwyca się opakowaniem.

Reaguje na składniki aktywne i dobrze skonstruowaną formulację.

A jeden z najbardziej niedocenianych składników w pielęgnacji skóry kosztuje grosze.

GLICERYNA.

Tak, zwykła gliceryna.

Ta, którą znajdziecie w składzie INCI tysięcy kremów nawilżających, balsamów, emulsji i serum.

Nie jest nowa.
Nie jest egzotyczna.
Nie ma modnej nazwy.
Nie pochodzi z laboratorium na szczycie szwajcarskiego lodowca.

I właśnie dlatego marketingowi trudno zrobić z niej gwiazdę.

Problem w tym, że nauka zrobiła to już dawno.

Gliceryna jest jednym z najlepiej poznanych humektantów stosowanych w kosmetologii i dermatologii.

Pomaga zwiększać nawodnienie warstwy rogowej naskórka.

W badaniu Lodén i Wessman krem zawierający 20% gliceryny stosowany przez 10 dni istotnie zwiększał nawodnienie skóry mierzone korneometrem.

Czyli mamy coś znacznie ciekawszego niż reklamę.

Mamy pomiar.

Ale to nie wszystko.

W randomizowanym, podwójnie zaślepionym badaniu osób z atopowym zapaleniem skóry preparat zawierający 20% glicerolu poprawiał nawodnienie warstwy rogowej oraz parametry funkcji bariery naskórkowej w porównaniu z preparatem bez glicerolu.

Gliceryna jest więc interesująca szczególnie wtedy, kiedy mówimy o suchej skórze, odwodnieniu skóry i wspieraniu bariery naskórkowej.

I teraz robi się jeszcze ciekawiej.

Glicerol występuje naturalnie również w naszej skórze.

Jest związany między innymi z funkcjonowaniem akwaporyny 3 i fizjologicznym utrzymywaniem nawodnienia naskórka.

Przegląd opublikowany w British Journal of Dermatology opisuje jego wpływ na nawodnienie warstwy rogowej, właściwości mechaniczne skóry oraz funkcję bariery naskórkowej.

Czy oznacza to, że każde serum za 300 zł jest złe?

Absolutnie nie.

Dobry kosmetyk to nie jeden składnik.

Liczą się formulacja, stężenia, proporcje, emolienty, substancje okluzyjne, stabilność produktu, konserwacja i to, jak składniki współpracują ze sobą.

Drogi kosmetyk może być świetny.

Ale drogi kosmetyk nie staje się świetny dlatego, że jest drogi.

I tu zaczyna się problem marketingu beauty.

Bo:

„GLYCERIN”

brzmi zdecydowanie mniej luksusowo niż:

„Hydra Cellular Molecular Complex 7D™”.

Tylko że skóra nie zna znaku ™.

I nie widzi paragonu.

Dlatego przy wyborze kremu nawilżającego warto czasem zrobić coś bardzo niepopularnego.

Odwrócić opakowanie.

Przeczytać INCI.

Sprawdzić, czy preparat zawiera dobrze znane składniki nawilżające i wspierające barierę skóry.

Glicerynę.

Ceramidy.

Mocznik, jeśli jest odpowiedni dla danej skóry.

Emolienty.

Składniki ograniczające utratę wody.

Bo skuteczna pielęgnacja domowa wcale nie musi oznaczać półki pełnej luksusowych serum.

Czasem największym błędem pielęgnacyjnym nie jest używanie za małej liczby kosmetyków.

Jest nim przekonanie, że skuteczność można odczytać z ceny.

Jedna ważna rzecz.

Nie namawiam do kupowania czystej gliceryny i tworzenia domowych mieszanek.

Kosmetyk to FORMULACJA.

Stężenie, podłoże, proporcje składników i sposób ich połączenia mają znaczenie.

Mój dzisiejszy beauty hack jest więc wyjątkowo mało efektowny:

Nie szukaj najdroższego kremu.

Szukaj dobrego.

A kiedy następnym razem zobaczysz serum za 300 zł obiecujące „wielopoziomowe, molekularne i inteligentne nawodnienie skóry”, odwróć pudełko.

Może się okazać, że całkiem wysoko w składzie siedzi sobie ona.

GLICERYNA.

Stary, tani i bardzo dobrze poznany składnik, który najwyraźniej nigdy nie dostał informacji, że aby działać, powinien kosztować fortunę.

I właśnie to lubię w nauce.

Marketing pyta: ile możemy za to policzyć?

Nauka pyta: czy to rzeczywiście działa?

Ja zdecydowanie wolę drugie pytanie.

A Wy, kiedy wybieracie krem nawilżający, na co patrzycie najpierw: markę, cenę czy skład INCI?

Adres

Opolska
Katowice
41-707

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Dermascan Lorin Lex Beauty opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Organizacja

Wyślij wiadomość do Dermascan Lorin Lex Beauty:

Skróty

Udostępnij