Projekt Wspomnienia

Wskazówki dojazdu

Projekt Wspomnienia Zbieramy i publikujemy osobiste historie ludzi, by zachować je dla przyszłych pokoleń.

Idę do przodu tworząc swoje rzeczy i ucząc się od innych „Jak opowiadać o świecie i ludziach”. Dziękuję Uniwersytet Wroc...
05/10/2026

Idę do przodu tworząc swoje rzeczy i ucząc się od innych „Jak opowiadać o świecie i ludziach”. Dziękuję Uniwersytet Wrocławski | Instytut Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej za zorganizowanie warsztatów i umożliwienie nauki z Marzeną Figiel-Strzała 🌍 Podróże Reportaże Ludzie 🧡

Projekt Wspomnienia powstał z zamiłowania do rozmów, fotografii i z myślą społecznym wpływie. Sprawia mi on niezmienną przyjemność a wasze wiadomości świadczą o tym, że i Wam był potrzebny 🧡

Journeylistka to moje drugie miejsce, które jest mi bliskie. Mówię tam o świecie i o ludziach, których spotykam na swojej podróżniczej drodze 🙂

Roman urodził się 11 lutego 1938 roku w miejscowości Jastrząbka Nowa, w powiecie tarnowskim, w ówczesnym województwie kr...
30/09/2026

Roman urodził się 11 lutego 1938 roku w miejscowości Jastrząbka Nowa, w powiecie tarnowskim, w ówczesnym województwie krakowskim. Miał zaledwie osiem lat, gdy zakończyła się wojna. Maria z kolei urodziła się 12 lutego 1941 roku w Koniuszowej, w powiecie nowosądeckim. Przyszła na świat w domowym zaciszu. W tamtych czasach rzadko jeździło się rodzić do szpitala.

Miałam dziewięcioro rodzeństwa - mówi Maria - Ojciec musiał pracować bez przerwy, żeby wyżywić dzieci i posłać je do szkoły. Był też zaangażowany jako budowniczy przy wznoszeniu szkoły w Koniuszowej. Miałam wtedy około pięciu lat i do dziś pamiętam fragmenty wierszyka - piosenki, który ułożono z okazji oddania tej szkoły do użytku: rano, rano, raniusieńko, rano po rosie, szedł Buchowicz do Korzennej po forsy krocie... poniedziałek do Tartaków, wtorek Leśnicy, środa Wydział Inspektorat i Budowniczy... Szkoła była drewniana - wspomina - Dziś jej niestety już nie ma. Zastąpiła ją bardziej nowoczesna, murowana.
Roman natomiast do dziesiątego roku życia uczył się w Jastrząbce Nowej. W tamtych okolicach szkół było niewiele. Dzieci uczyły się często po prywatnych domach, u nauczycielki, która przyjmowała je u siebie. - wspomina Roman - W szkole uczono rosyjskiego. Do dziś potrafię czytać cyrylicę, gdy widzę ją np. na pasku w telewizji. Nauczyciele byli surowi, a kary fizyczne - linijką czy inną „pomocą naukową" - były wtedy powszechnie akceptowane, nawet ksiądz podczas lekcji religii mógł uderzyć ucznia po rękach. Taki rygor budował, jak wspomina Roman, większy respekt niż ma to miejsce dzisiaj. Gospodarstwo rodziców Romana liczyło zaledwie cztery hektary - zbyt mało, by wyżyć wyłącznie z ziem - mówi Roman.

Szwagier ojca - Józef - wyjechał w okolice dzisiejszych Narków jeszcze w 1937 roku - mówi Roman - Po wojnie ojciec odwiedził go i usłyszał, że tam jest zupełnie inny świat - ziemia nie zalewa się przy każdym deszczu, jak działo się to w rodzinnych stronach. To przekonało go do przeprowadzki. W 1948 roku rodzina wyjechała na Pomorze, przyjeżdżając praktycznie z niczym. Dawną, drewnianą chałupę sprzedali - nabywca ją rozebrał i przewiózł gdzie indziej. Ziemię ojciec najpierw wydzierżawił, a gdy dzierżawcy zrezygnowali, pole samo zarosło dzikim lasem. Po przeprowadzce na Kociewie rodzina zamieszkała najpierw w Narkowach, w budynku, w którym później mieściła się tuczarnia - w wolnych mieszkaniach pozostałych po Niemcach. Mieszkaliśmy tam do 1951 roku. - mówi Roman - Ojciec, mimo że przyjechał bez środków, już po tygodniu znalazł jakąś pracę. Od 1951 roku zaczął budować własne gospodarstwo na kupionej ziemi (najpierw sześć, potem osiem hektarów). Cztery lata później zamieszkaliśmy w nowo wybudowanym domu.

Budowa w czasach stalinowskich i powojennych nie była łatwa. Mimo posiadanych pieniędzy brakowało towaru. Trzeba było kombinować, stać w kolejkach i mieć znajomości, żeby zdobyć pustaki czy cegłę. - wspominają Maria z Romanem - dostało się przydział jedynie na 200 z zamówionych 500 pustaków, a resztę trzeba było zdobyć dzięki znajomym. Po cegłę na komin trzeba było jechać do gminy i do cegielni w Kałdowie, a pierwszeństwo w przydziałach mieli nauczyciele - dopiero to, co zostało, trafiało do reszty.

Dodatkowym utrudnieniem był fakt, że ojciec Romana nie zapisał się do spółdzielni rolniczej (tzw kołchozu) - w efekcie, budując swój garaż, dostał od władz jedynie pół metra desek, podczas gdy członkom spółdzielni pomagano znacznie hojniej. W tamtych czasach nie było jeszcze emerytur (weszły dopiero za czasów Gierka). Nie przysługiwało też tzw. rodzinne, bo rodzina posiadała ponad dwa hektary ziemi. Trzeba było pracować tak długo dopóki zdrowie na to pozwalało. Byłem rolnikiem przez całe życie - mówi Roman - od chwili przyjazdu na Pomorze w 1948 roku. Niezmiennie, jak sam podkreśla.

Maria i Roman poznali się za sprawą kuzyna Romana, który przyjechał na wesele do Nowego Sącza i przekonywał Marię, że ma dla niej dobrego kandydata na męża. Wesele odbyło się w sierpniu, a już w listopadzie Roman przyjechał do niej - mimo że Maria miała w tamtym czasie chłopaka, który akurat odbywał służbę wojskową. Jak sama się śmieje - tak chyba miało być.
Pobrali się w 1959 roku. Roman miał wówczas 21 lat, Maria 19. Ślub, jak na te czasy przystało, odbył się w domu, w Narkowach. Wesele przygotowaliśmy samodzielnie dla około 60 osób. - wspomina Maria - Grał na nim „grajek", a alkoholem była mieszanka wódki żytniej i czystej. Suknię ślubną kupiłam gotową w sklepie w Nowym Sączu - wspomina Maria - przywieziono ją bez wcześniejszej przymiarki, a mimo to leżała idealnie, bez potrzeby poprawek.

Mamy troje dzieci - mówi Maria z Romanem - Życie rodziny naznaczyła jednak wielka tragedia. Wnuk zginął potrącony przez samochód, mając zaledwie dziesięć lat - szedł do szkoły i zginął na skrzyżowaniu dróg. Maria wspomina to wydarzenie jako najboleśniejsze w swoim życiu, porównując je do niedawnego, równie tragicznego wypadku w okolicy.

Życie Romana i Marii doświadczyło ich dodatkowym traumatycznym wydarzeniem. W 1983 roku, na polu należącym do rodziny, niedaleko przejazdu kolejowego, doszło do zabójstwa - lokalnie sprawcę nazywano „Skorpionem". Ofiarą była dziewiętnastoletnia mieszkanka okolicy, panna Krajewska. Wysiadła z autobusu, licząc prawdopodobnie, że dotrze szybko do domu - wspomina Roman - Sprawca jechał tym samym autobusem, wysiadł za nią, obnażył się, a gdy odeszła, ruszył w jej ślad i zabił ją młotkiem - narzędzia zbrodni długo szukano na miejscu. To Roman znalazł ciało. Prowadząc krowy na pastwisko, zauważył małego psa, który wbiegł w trawę i zaczął szczekać - tam właśnie leżała - mówi Roman - Wezwałem sąsiada, Michała, by potwierdził, czy to co zobaczyłem, to rzeczywiście człowiek… Od razu zadzwoniliśmy na policję ale reakcja służb była powolna - ciało leżało od rana do wieczora, zanim przyjechało pogotowie i policja - co Roman skwitował gorzko, że gdyby zgłoszono zebranie „Solidarności", przyjechaliby błyskawicznie. Na pogrzebie ofiary obecnych było wielu policjantów po cywilnemu, na wypadek gdyby sprawca się pojawił. Na szczęście seryjnego mordercę - Pawła Tuchlina - schwytano. Panna Krajewska była jego ostatnią ofiarą.

Roman i Maria wielokrotnie wracali we wspomnieniach pracy na roli z lat 50. i 60. Pole ciągnące się od drogi miało 500 metrów długości - żniwa odbywały się kosą, a snopki wiązano ręcznie. Buraki cukrowe uprawiano na trzech morgach (75 arach), również bez maszyn. Dziś, jak zauważa Roman, gospodarstwo obsiewa się osiem czy dziesięć hektarów bez pomocy ludzkich rąk - dzięki pestycydom i maszynom sterowanym GPS-em, które praktycznie nie wymagają kierowcy. Powierzchnia gospodarstwa rosła stopniowo: z sześciu-ośmiu hektarów po dwunastu, aż do obecnych około sześćdziesięciu (częściowo dzierżawionych, częściowo wykupionych). Hodowla również wyglądała inaczej: w Narkowach działał punkt skupu mleka, do którego trafiało dziennie 1300 litrów z około 34 gospodarstw, z których praktycznie każde trzymało dwie-cztery krowy. Mimo to w sklepach chronicznie brakowało mleka i masła. Dziś, w Narkowach, pozostało około dwudziestu gospodarstw, a krowy trzymają jedynie dwa z nich - za to półki sklepowe są zawsze pełne. Życie społeczne też było inne, dawniej ludzie więcej ze sobą rozmawiali. Po mszy wracano wspólnie, pieszo, bo nie było samochodów, wieczorami śpiewano i tańczono na wsi, sąsiedzi odwiedzali się, żeby zagrać w karty.

Mimo trudów tamtych czasów, mówią, iż obecnie żyje się lepiej.

Zapowiedź kolejnej rozmowy! Kto rozpoznaje bohaterów? 😉😉
22/09/2026

Zapowiedź kolejnej rozmowy!

Kto rozpoznaje bohaterów? 😉😉

Idąc w stronę Panteonu nie sądziłam, że u progu drzwi przywita mnie Husarz. Elegancki, szarmancki, uśmiechnięty mężczyzn...
16/09/2026

Idąc w stronę Panteonu nie sądziłam, że u progu drzwi przywita mnie Husarz. Elegancki, szarmancki, uśmiechnięty mężczyzna w ubiorze sarmackim, który w Gniewie pełni niebywale ważną rolę.

Jarosław Struczyński urodził się 22 października 1964 roku w Tczewie. Po dwóch dniach wrócił z Mamą do Gniewu, gdzie mieszkali jego Rodzice. Pierwsze, co zobaczył za oknem, to ruiny zamku. Jarosław mówi - nie mogłem mieć innego widoku niż ruina. Ta ruina odbudowała mnie tak samo, jak i ja próbowałem odbudować ją. Całe dzieciństwo Jarosław spędził w tychże ruinach, które wtedy były częścią zakładu przemysłowego T-20, produkującego na potrzeby Układu Warszawskiego. Jego rodzice dzierżawili kawałek ogródka na przedzamczu południowym Wzgórza Zamkowego gdzie spędzał wiele czasu, więc od kiedy tylko nauczył się chodzić, przeciskał się przez wszystkie możliwe szczeliny aby wejść do zamczyska.

Tam, gdzie przechodziła głowa, przechodziła i reszta ciała - wspomina Jarosław - Wyprawy w ruiny tak ekscytujące jak i wielce niebezpieczne. Przeskakiwanie po wypalonych belkach, spacery po gzymsach wewnętrznych ścian zamkowych skrzydeł nad dwudziestometrową przepaścią! Doświadczył tego mój dużo starszy brat Janusz, który połamał sobie w ruinach obie nogi ale jednocześnie był moim pierwszym przewodnikiem i przekazał mi ogromną wiedzę o dziejach warowni. Na początku lat siedemdziesiątych lokalne Zakłady Mechanizmów Okrętowych „FAMA” w Gniewie rozpoczynają adaptację dwóch skrzydeł zamku na zaplecze kulturalno socjalne. Pojawiła się nadzieja!
Jarosław zaprzyjaźnił się z pracownikami Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków, co dawało mu wstęp do zamku. W 1976 roku, po przerwaniu prac, razem z kolegami z podstawówki założył kółko młodych przewodników. Poprosili naczelnika Miasta i Gminy o klucze - i dostali nie tylko klucze do zamku, ale i własne biuro informacji turystycznej w ratuszu. Zaczęli oprowadzać gości po ruinach, które były, prawdę mówiąc, śmiertelnie niebezpieczne. Ale to właśnie wtedy zakorzeniło się w Jarosławie marzenie z dzieciństwa: że kiedyś ten zamek trzeba będzie jednak odbudować.

Jarosław ukończył Politechnikę Gdańską jako inżynier mechanik, specjalista od spawania pod wodą - w zawodzie przepracował trzy miesiące. Wrócił do Gniewu w 1989 roku, w czasie wielkich przemian, kiedy dotychczasowy dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Gniewie ustąpił miejsca młodym i zrezygnował z pracy. Namówiony przez śp. Augustyna Rąbałę, dyrygenta chóru szkolnego, Jarosław wystartował w konkursie na to stanowisko - i wygrał, mimo siedmiu kontrkandydatów. Jako jedyny zadeklarował, że dom kultury powinien otoczyć opieką ruiny zamku. Szef komisji konkursowej podobno zapytał ówczesnego Burmistrza ,kogo wybrać - ten odpowiedział: najmłodszego. Był nim właśnie Jarosław.
23 listopada 1992 roku MGOK wraz z Muzeum Archeologicznym w Gdańsku otrzymali zamek w zarząd, a już wcześniej, 15 listopada, zaczęli organizować front działań dla pierwszej grupy 150 bezrobotnych – zatrudnionych w ramach robót publicznych organizowanych przez Urząd Miasta i Gminy w Gniewie, finansowanych niemal w całości przez państwo. Prowadzili badania archeologiczne, oczyszczali teren, budowali infrastrukturę. Plan, który Jarosław spisał z przyjacielem, dyrektorem Muzeum Archeologicznego w Gdańsku Heniem Panerem, zrealizowali niemal w stu procentach do 1997 roku - a w tym samym roku frekwencja turystyczna w zamku sięgnęła stu tysięcy gości. Dziś liczba ta plasuję się na około 160-170 tysięcy. Po latach różnych form organizacyjnych - zakładu budżetowego, spółki, fundacji - w 2010 roku zamek trafił do prywatnego inwestora, który do dziś skutecznie prowadzi jego rewitalizację. Jarosław pamięta, jak jeden z wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego odwiedzających Gniew zapytał kiedyś jednego z właścicieli, jak długo jeszcze potrwają prace remontowe. Usłyszał: "Dłużej, niż wyście to budowali."

Właśnie w tamtym czasie, na przełomie wieków, w trakcie robót publicznych, Jarosław poznał Wincentego Maciejewskiego. Potrzebowali sprzętu, na który nie było pieniędzy - Wincenty, bez wahania, pożyczył im wciągarkę. "Potrzebujecie, bierzcie, będzie potrzebna, to używajcie." Taki drobny gest, ale zapadł Jarosławowi w pamięć na zawsze: sympatyczny, opalony gość, o którym mówiło się w okolicy, że jak coś trzeba załatwić, to do Wincentego.

Ta znajomość nabrała prawdziwego znaczenia w 2001 roku, gdy zaczęli przygotowania do inscenizacji batalistycznej upamiętniającej Bitwę pod Gniewem z 1626 roku. Zaczęli od piechoty - taniej i łatwiejszej w organizacji. Jarosław zastosował coś, co można nazwać historycznym werbunkiem: razem z pierwszym zwerbowanym żołnierzem obchodził wszystkie okoliczne knajpy, stawiał kolejki, a po czwartej rundzie z każdego lokalu wychodziło już po pięciu, sześciu nowych żołnierzy. W ciągu miesiąca uzbierali prawie osiemdziesięciu ludzi i stworzyli Żółty Regiment Piechoty.

Regiment potrzebował patrona. W związku z tym Jarosław pojechał szukać sponsora do Szwecji, rozmawiał z Volvo, ze Scanią - i wrócił załamany, bo traktowano go z pobłażaniem. Aż ktoś przypomniał mu, że przecież zna Szweda - właściciela firmy, którą sam założył jeszcze za komuny, wchodząc jako udziałowiec do państwowego przedsiębiorstwa elektronicznego, tworząc jedno z pierwszych w Polsce Joint Venture, chyba w 1985 roku. Umówił się z nim, przedstawił projekt i w końcu usłyszał to na co czekał: fantastyczne, wchodzę w to, choć będziemy musieli rozłożyć finansowanie na dwadzieścia lat. Tak oto pułkownik Bjorn Gysell i Jego Firma Alarmtech zostali patronem regimentu - i tak zaczęła się jedna z pierwszych poważnych w Polsce rekonstrukcji autoramentu zachodnioeuropejskiego z XVII wieku.
Po pierwszym roku inscenizacji Jarosław i jego towarzysze zrozumieli, że potrzebują kawalerii - a więc husarii. Wincenty prowadził już wtedy własną stajnię, więc naturalnie się zmówili. W 2004 roku, na drugiej inscenizacji, pojawiła się pierwsza kawaleria - kilka koni od Wincentego. Wtedy Jarosław pierwszy raz usiadł na jego koniu i pomyślał: dobrze ułożone stworzenie. Tego samego roku ówczesny marszałek Jan Kozłowski wydał dekret na sformowanie chorągwi husarskiej, a Wincenty przyjął tytuł jednego z towarzyszy - z numerem siedem na dekrecie, z którego zawsze żartował.

Chorągiew rozrosła się do niemal trzydziestu pięciu koni. Stali się wzorem dla innych grup rekonstrukcyjnych jazdy narodowego autoramentu. Mieli okazję wielokrotnie pokazać husarię za granicą,w tym na wielkiej inscenizacji Terra Heroica w Kamieńcu Podolskim na Ukrainie - gdzie jechali na ukraińskich koniach, wcześniej łapiąc je i oswajając wprost na stepie. W roku 2018 prezentowali polską husarię w spektaklach na Arenie Muzeum Zbrojowni Królewskich w Leeds w Wielkiej Brytanii.
Jarosław cały czas czuł, że jeżeli chce kontynuować jeździectwo, potrzebuje stajni blisko domu. Mieszkał wtedy na Starym Mieście w Gniewie, więc nie miał takiej możliwości - ale podzielił się tym marzeniem z Wincentym. Ten zapamiętał. "Będzie taki moment, że znajdziemy ci piękne miejsce w Opaleniu" - powiedział kiedyś. I tak się stało: 31 grudnia 2006 roku Wincenty pokazał mu kawałek ziemi i powiedział po prostu: jeśli chcesz będzie twoja. Okazało się, że właścicielem był jego krewny.

Decyzja o przeprowadzce nie przyszła Jarosławowi łatwo. Kiedy w 2008 roku zaczął się kryzys, miał poważne wątpliwości - utrzymanie rodziny, ryzyko wieloletniego zadłużenia. Pamięta wieczór w Irlandii, podczas misji partnerskiej między Gdańskiem a regionem Limerick, kiedy zamiast iść z kolegami do pubu, zadzwonił do żony i powiedział, że chyba nie dadzą rady zbudować domu. Ona odpowiedziała tylko: to twoja decyzja. Wrócił, przekazał to Wincentemu - a ten nie dał mu się poddać. Wincenty to ktoś, kto w takich momentach po prostu "zasadza kopa" i każe iść dalej. - mówi Jarosław. W 2010 roku Jarosław sprzedał dom w Gniewie i przeprowadził się do Opalenia.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak w czasie pandemii. Dla wielu była tragedią - dla Jarosława stała się kolejnym impulsem. Pracując na co dzień w zamku, nagle został odcięty od gości, od aktywności. Zaczęli więc, w ramach wsparcia Lokalnej Grupy Działania, planować coś, co miało ich trzymać przy życiu w czasie izolacji - tak narodził się pomysł Panteonu Husarii.
To miejsce nie jest rekonstrukcją fortecy - to raczej scenografia, mały "domeczek", dwór złożony z sieni, który pozwala ludziom oderwać się od codzienności i poczuć inny czas, choć wciąż z prądem, wodą i internetem. Budowę prowadził ich wspólny przyjaciel Andrzej Stec - wybitny cieśla, człowiek wielkiego talentu, zarówno w wykonaniu, jak i w projektowaniu. Jarosław miał z nim komfort absolutny: wystarczyło powiedzieć, co chce zbudować, resztę Andrzej projektował sam. "Pożyczył" go od Wincentego podobno na miesiąc - wyszły niemal dwa lata pracy, przy drewnie tak mokrym, że z niego ciekła woda, a mimo to konstrukcja nigdzie nie popękała.

W 2023 roku w wyniku upadku z rusztowania Jarosławowi groziła amputacja nogi. Pierwsza myśl, jaka mu wtedy przyszła do głowy, nie była o rozpaczy, lecz o tym, ile kosztuje proteza, która pozwoli mu dalej jeździć konno - w głowie odciął sobie tę nogę mentalnie, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zdecydować. To był ciężki czas, ale przeżył wtedy coś, co nazwałby niesamowitą formą braterstwa: nie było dnia bez deklaracji pomocy od przyjaciół, nawet takiej, o którą nie prosił. Rok później, w 2024 roku, zmarł Andrzej Stec. To był drugi trudny moment, kolejne zawahanie w kontynuowaniu budowy Panteonu, który wciąż nie jest ukończony. Ale przyjaciele mówią Jarosławowi zawsze to samo: nie przejmuj się, dokończymy to razem.

Równolegle do husarii Jarosław rozwijał inną pasję - rekonstrukcję średniowieczną i jousting, czyli konny pojedynek rycerski. Zaczął od inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, którą współtworzył niemal trzydzieści lat temu, a której reżyserem do dziś jest Krzysiu Górecki, jego przyjaciel z Gniewu,. Dzięki organizacji gniewskiego turnieju kopijniczego był zapraszany na najbardziej prestiżowe zawody na świecie, reprezentując Polskę. Nie przejmował się własnymi ograniczeniami fizycznymi - liczyła się motywacja i technika trafienia w przeciwnika, a skuteczność miał taką, że rywale odczuwali to dosłownie na własnym ciele.
Z czasem przekazał tę pasję dalej - przede wszystkim zięciowi Wincentego, Krystianowi, który poznał konie właśnie dzięki teściowi i osiągnął wyżyny: pięciokrotnie wygrał Polską Ligę Husarską i został mistrzem Europy w joustingu. To on i inni "Rycerze Gniewu" są dziś ich następcami - dwa lata temu razem z Jarosławem pojechali na turniej do Quebecu w Kanadzie: rok wcześniej wygrał tam Krystian, rok później Jarosław.

Jedna z wspólnych przygód Jarosława i Wincentego zasługuje na osobną opowieść. Pewnego razu, na fali fascynacji dziedzictwem, które Szwedzi zabrali z Polski w XVII wieku, postanowili pojechać do Sztokholmu i - uzbrojeni w stroje historyczne - zażądać zwrotu "przypadkowo zagrabionych" łupów. Popłynęli promem, dotarli do Zbrojowni Królewskiej, odczytali odezwę do króla, zapowiadając nawet symboliczne "starcie wojenne" na historycznym polu bitwy z 1626 roku, gdyby ich żądania nie zostały spełnione. Wywołali niemałą dyplomatyczną aferę - jeszcze w trakcie podróży zadzwonił do nich zaniepokojony ówczesny rotmistrz, marszałek Jan Kozłowski, pytając, czy żartują. Nie żartowali.
W Sztokholmie zostali rozbrojeni, musieli zostawić szable w szatni, ale zdążyli zrobić swoistą "inwentaryzację zagrabionych dóbr" i przybić odezwę do drzwi Pałacu Królewskiego, zanim strażnicy ich wyprosili. Po powrocie zadzwoniła do Jarosława kancelaria ówczesnego marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Był przekonany, że sprawa źle się skończy - zdążył nawet poprosić przyjaciół o cotygodniowe paczki z żelkami "na wypadek aresztu". Tymczasem marszałek pogratulował mu inicjatywy i zapowiedział powołanie senackiej komisji do rozmów ze Szwecją. Do dziś ich współpraca ze Szwecją trwa - Szwedzi zresztą sami zdigitalizowali swoje zbiory związane z tym dziedzictwem, co Jarosław uważa za gest wart uznania.

Dziś, patrząc na to wszystko - zamek w Gniewie, chorągiew husarską, Panteon Husarii w Opaleniu, dziesiątki lat wspólnej pracy - Jarosław mówi, że najważniejsza w tym wszystkim nie jest żadna z tych budowli, tylko przyjaźń, która trwa od czasów pożyczonej wciągarki. Czasem siedzi z Wincentym i mówi mu: właściwie stworzyliśmy tu dom kultury. A kiedy brakuje mu sił, żeby dokończyć to, co jeszcze niedokończone, Wincenty wciąż jest tym, który "zasadza kopa" i mówi: idziemy dalej.

Wiedzieliście, że za czasów komuny można było handlować  naszymi polskimi ślimakami - winniczkami i całkiem dobrze na ty...
09/08/2026

Wiedzieliście, że za czasów komuny można było handlować naszymi polskimi ślimakami - winniczkami i całkiem dobrze na tym wyjść...?🐌 A wy... co robiliście, aby próbować się dorobić w tamtych czasach? 😉

Rozmowa z Wincentym była tak szczera i do tego tak zabawna, że nie schodził nam uśmiech z twarzy. Dokładnie tak jak na zdjęciu. Dziękuję Wincentemu za poświęcony czas a Was zapraszam do lektury :)

Wincenty Maciejewski urodził się 10 stycznia 1955 roku w Dąbrówce, o swoim przyjściu na świat opowiada z rozbawieniem - urodziłem się o dziewiątej rano, otworzyłem oczy i patrzę za oknem - a tu lipa. Myślę sobie: co mnie w tym życiu czeka? Wychowywałem się w tym miejscu do 17-ego roku życia. Potem rodzice przeprowadzili się do Kolonii Ostrowickiej, a ja razem z nimi.

W 1974 roku poszedłem do szkoły zawodowej w Grudziądzu. Już wtedy w klubie w Opaleniu poznałem swoją przyszłą żonę. Parzyła kawę. Tak mi się spodobała, że dosyć długo jeszcze tam jeździłem zanim o czymkolwiek się dowiedziała. Po wojsku wyjechałem do Elbląga, gdzie wierciłem studnie głębinowe, jeździłem ciągnikami i spychaczami. No i przyszedł ten dzień - wesele, ślub. Tak zostałem w Opaleniu już na stałe.Na weselu było gdzieś około sześćdziesięciu osób. Wesele nie było duże ale za to zabawa była przednia. Jak to kiedyś wesela - nasze odbyło się w domu szwagra. Trzeba było wynieść szafy, stoły, przygotować pokoje. A po weselu powrót do rzeczywistości.
Trochę pracowałem w Subkowach gdzie byłem zaopatrzeniowcem SKR-u. Robiliśmy takie mieszalniki do mieszania paszy dla świń. Wtedy, podczas rozwoju gospodarczego, sprzedawaliśmy je do Płocka, bo tam było duże zagłębienie hodowli trzody chlewnej - po dwa, trzy tysiące sztuk.
Niedługo potem nastąpił stan wojenny. Wszyscy krzyczeli: no słuchajcie, dyrektora trzeba wywieźć na taczce. No to jak trzeba wywieźć na taczce - no to dobra, idziemy - mówiłem. Wziąłem tę taczkę i jadę. Ale, gdy zobaczyliśmy dyrektora to nagle wszyscy uciekli a zostałem tylko ja. Mówię więc do dyrektora: no wszyscy zdecydowali, że jedziemy wywieźć dyrektora, ale jak usłyszeli, że dyrektor idzie, to uciekli. Ale ja mówię, że nie jestem chłopiec, chociaż wtedy jeszcze byłem młody więc nie uciekłem. Na drugi dzień dostałem wypowiedzenie. - śmieje się Wincenty. - Stwierdziłem, że dobra, w sumie słusznie. Dyrektor mnie zwolnił, pożegnaliśmy się a wywożenia taczką i tak nie było. Wziąłem więc swoje świadectwo, poszedłem do Kieramzytu w Gniewie, gdzie zacząłem kolejną pracę - tam jeździliśmy do Gdańska, woziliśmy mazut. Po trzech miesiącach przejeżdżając przez Subkowy spojrzałem na poprzedni zakład pracy i myślę… “idę podziękować za zwolnienie mnie”. Poszedłem do sklepu, kupiłem dwie flaszki i idę do biura. Dyrektor tylko ze zdumieniem na mnie patrzył. “Wie pan, ja teraz dwa razy tyle zarabiam, co tutaj i mam spokojną głowę” - powiedziałem, odwróciłem się na pięcie i poszedłem. Potem go spotkałem kiedyś w Gdańsku, to on mówi: “słuchaj, ja przez pół roku się zastanawiałem co się tak naprawdę wydarzyło…” - śmieje się Wincenty

Lata 90-te przyniosły ze sobą duże bezrobocie. Ja handlowałem pomarańczami, rozmaitymi rzeczami - bardzo ciężka praca. Brało się kontener bananów, na którym jednego dnia można było sporo zarobić a zanim kontener dojechał to cena już spadała. To co zarobiliśmy to szło na kolejny zakup. Przyszedł taki moment, że w końcu byliśmy na zero. Już nie wróciłem do pracy zawodowej, tylko zawsze się czymś handlowało. Raz jechałem do Szwecji, gdzie kupowałem Volvo i tutaj szwagier go trochę remontował a potem jechałem z nim do Orła, 400 kilometrów za Smoleńskiem. Za taką trasę zarabiałem 200 dolarów, zajmowało mi to tydzień - wyjeżdżałem w niedzielę a we wtorek byłem w Orle. Tam oddawałem samochód,tam go sprzedawali a jak już dostałem kasę za swoją pracę to jechałem pociągiem do Kaliningradu a stamtąd autobusem do domu. Jak w miesiącu dwa razy pojechałem, to zarobiłem 400 dolarów - to była duża suma. Nieraz było i 500 dolarów. Innym razem pojechałem na sprzedaż z samochodem ciężarowym - Starem. Przyjechał Rosjanin i mówi: “słuchaj, Wincenty, ile ten Star wart?” U nas kosztował 5 tysięcy złotych, więc ja mówię - “20 tysięcy”. On policzył i mówi: “no dobra, tyle dolarów i kupuję, ale ty mi go dostarczysz do Orła.” Po drodze mój szwagier o mało zawału nie dostał, bo byliśmy jakieś 70 kilometrów przed Orłem, a tam były jeszcze wtedy posterunki co ileś kilometrów. Jak jechał samochód, to oni patrzyli po rejestracji i notowali, że za 40 minut ten samochód powinien być przy następnym posterunku. A jak nie był, to wyjeżdżali samochodami i szukali, czy gdzieś na bok nie zjechał. I pewnego razu czterech wyszło z automatami przed nami, sprawdzili nam wszystkie dokumenty i pytali o spis towarów. “Gdzie jest spis towarów?” Ja zdziwiony o jaki spis towarów nas pytają, my w samochodzie mieliśmy tylko meble. A on na to: “Nie ma? To dawaj na postój, będziemy rozładowywać.” My te meble kilka dni załadowywaliśmy - pierw kredens, potem szuflady, jakieś kamienie do szuflad, książki. Na co on, że u nich mnogo wremia (dużo czasu), mnogo papiera, będziemy siedzieć i pisać. Ja już byłem załamany więc mówię, że mam 60 dolarów. Na co on, że na pięciu to będzie ciężko rozdzielić. Zacząłem więc szukać w portfelu i zapomniałem, że od pracodawcy dostałem sto dolarów, które ostatecznie mi zabrali. Na informację, że musimy jeszcze przecież za coś zatankować oni zaczęli sprawdzać ile paliwa jest w samochodzie. Uznali, że nam wystarczy i pieniędzy nie oddali. Kolega, z którym jechałem, był sparaliżowany cały czas… W końcu nas puścili. Zajechaliśmy do Orła, wielkiego miasta, w którym przy wjeździe i wyjeździe prowadzona była pełna ewidencja kto przyjechał. Skanowane były paszporty i spisywane kto wjeżdżał i kiedy. Jeździliśmy po tym Orle nie mogąc trafić do docelowego miejsca, nawet chyba nawet pod prąd nam się zdarzyło i nawet jechała za nami milicja - ale nas nie zatrzymała. Z jednej strony to było fajnie, bo zabezpieczenie miałem w domu - żona dostawała pieniądze z tego, to co ja zarabiałem. Nie były to dla nas złe czasy, ale potem trzeba było znowu coś wymyślić i znaleźć inny środek zarobku.
Skupowaliśmy więc ślimaki - winniczki. Przyjechali kiedyś do mnie ludzie z Konina - miejsca gdzie handlowałem pomarańczami - znali mnie i przyjechali z jakimś Grekiem. Mówią: “Słuchaj, jest interes, trzeba skupić 70 ton ślimaków.” Pytam, ile za kilogram - “20 złotych”. Zbieracze dostawali 3 złote, ten co skupował - złotówkę, więc wychodziło cztery złote za kilogram… A oni mi 20 złotych oferowali. Jeździłem więc takim Passatem, ładowałem dywan na siedzenia, ładowałem te ślimaki i woziłem. A ludzie mówili: patrzcie, ten głupi, wozi ślimaki zamiast żonę do kościoła zawieźć. A żona, Lusia, mówi: “niech on wozi te ślimaki, a ja mogę iść pieszo do kościoła”, bo takie to były opłacalne pieniądze.
Grecy, Hiszpanie czy Francuzi nasze polskie winniczki kupowali w tysiącach ton. Po trzech tygodniach Lusia mówi: “idź do Tereski po kalkulator, bo nasz się chyba popsuł. Mi się wydaje, że tych pieniędzy za dużo zostaje.” Poszedłem po kalkulator ale wszystko się zgadzało… Jak już się skończyła przygoda ze ślimakami to trzeba było od nowa zacząć coś robić. Mówię więc do kolegi, żeby otworzyć wspólnie jakiś biznes, że inny znajomy robi maszyny, które robią kartony. Pomyślałem, że może i by taką hurtownię z kartonami otworzyć. Złożyliśmy się wspólnie z oszczędności, zrobiliśmy dwie maszyny i otworzyliśmy firmę produkcji kartonów. Nazywała się Rama. Produkowaliśmy je ze 12 lat. Ja nie byłem niestety na tyle doświadczony, żeby wiedzieć, jak inwestować i się rozwijać. Trzeba było brać kredyty, żeby iść do przodu, a ja byłem w tym słaby i niestety zbankrutowaliśmy. Nigdy nie pchałem się w wielkie przedsięwzięcia, bo się nie nadawałem. Widziałem, jak niektórzy mieli twardy charakter, grubą skórę, kradli, brali kredyty, potem uciekali, a mnie to nie interesowało. Ja wolałem sobie spokojnie żyć.
Jak jeszcze te kartony miałem, to już miałem zamysł o Maciejówce. Pojechałem z córką do kolegi, który był dyrektorem takiego ośrodka, wieczorem żeśmy się “zakropili trochę”. Rano budzę się, patrzę - Ewelinki nie ma. Ja pierdziele! Pytam dyrektora: “gdzie Ewelinka? Nie widziałeś jej?” A on na to: “no tam czyści swoje konie”. Ja mówię: “jak czyści swoje konie?” No wczoraj kupiłeś. Ja mówię: nie pamiętam! A on na to… O to chodzi, zapłacić możesz za rok, ale jutro musisz je zabrać… - Śmieje się Wincenty. Jak ja kupiłem konie?... On sobie żartował a mnie to podłapało. Od tego czasu ta moja Maciejówka zaczęła powstawać.

Za komuny nie myślało się o biznesie - szło się do pracy, wracało się z pracy. Jak się coś skombinowało, to było ponad plan. Za komuny wszystko przecież było “nasze” - nie kogoś tam, nie moje, tylko Nasze. Tak się zawsze mówiło. W zakładzie nikt nie patrzył, czy dostaje więcej pieniędzy, czy mniej. Raz pamiętam jak jeździłem samochodem, to nawet po wypłatę nie chodziłem, przesyłali mi ją pocztą do domu. Jak zajechałem gdzieś do jakiegoś zakładu i widziałem, że spawają, pytałem: macie jakieś elektrody? A jak mieli to staraliśmy się czymś wymienić, czasem skrzynką wina. Brali z pięć butelek i naładowali mi całą skrzynkę elektrodami - cholernie ciężkie. Zdążyłem wyjechać za bramę zakładu, skręcić w prawo, ujechać 150 metrów, i ta skrzynka spadła. Za komuny było tak, że skoro wszystko było nasze, to takie wymiany to nie było złodziejstwo. Jakby komuś z kieszeni, to by było, ale wszyscy tak się wymieniali. Pensje były niewielkie dla zwykłych pracowników, ale dało się przeżyć.
Teraz prowadzę “Maciejówkę” w Opaleniu a od wybuchu wojny z Rosją organizuję pomoc dla Ukrainy - transport, samochody, autobusy, karetki pogotowia, wyposażenie dla szpitali, żywność, ubrania. Najbardziej fajnie, jak się zawiezie coś dla dzieci.

rozmowa i zdjęcie: Joanna Murzydło

Adres

Gdansk

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Projekt Wspomnienia opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Skróty

Udostępnij