16/09/2026
Idąc w stronę Panteonu nie sądziłam, że u progu drzwi przywita mnie Husarz. Elegancki, szarmancki, uśmiechnięty mężczyzna w ubiorze sarmackim, który w Gniewie pełni niebywale ważną rolę.
Jarosław Struczyński urodził się 22 października 1964 roku w Tczewie. Po dwóch dniach wrócił z Mamą do Gniewu, gdzie mieszkali jego Rodzice. Pierwsze, co zobaczył za oknem, to ruiny zamku. Jarosław mówi - nie mogłem mieć innego widoku niż ruina. Ta ruina odbudowała mnie tak samo, jak i ja próbowałem odbudować ją. Całe dzieciństwo Jarosław spędził w tychże ruinach, które wtedy były częścią zakładu przemysłowego T-20, produkującego na potrzeby Układu Warszawskiego. Jego rodzice dzierżawili kawałek ogródka na przedzamczu południowym Wzgórza Zamkowego gdzie spędzał wiele czasu, więc od kiedy tylko nauczył się chodzić, przeciskał się przez wszystkie możliwe szczeliny aby wejść do zamczyska.
Tam, gdzie przechodziła głowa, przechodziła i reszta ciała - wspomina Jarosław - Wyprawy w ruiny tak ekscytujące jak i wielce niebezpieczne. Przeskakiwanie po wypalonych belkach, spacery po gzymsach wewnętrznych ścian zamkowych skrzydeł nad dwudziestometrową przepaścią! Doświadczył tego mój dużo starszy brat Janusz, który połamał sobie w ruinach obie nogi ale jednocześnie był moim pierwszym przewodnikiem i przekazał mi ogromną wiedzę o dziejach warowni. Na początku lat siedemdziesiątych lokalne Zakłady Mechanizmów Okrętowych „FAMA” w Gniewie rozpoczynają adaptację dwóch skrzydeł zamku na zaplecze kulturalno socjalne. Pojawiła się nadzieja!
Jarosław zaprzyjaźnił się z pracownikami Przedsiębiorstwa Konserwacji Zabytków, co dawało mu wstęp do zamku. W 1976 roku, po przerwaniu prac, razem z kolegami z podstawówki założył kółko młodych przewodników. Poprosili naczelnika Miasta i Gminy o klucze - i dostali nie tylko klucze do zamku, ale i własne biuro informacji turystycznej w ratuszu. Zaczęli oprowadzać gości po ruinach, które były, prawdę mówiąc, śmiertelnie niebezpieczne. Ale to właśnie wtedy zakorzeniło się w Jarosławie marzenie z dzieciństwa: że kiedyś ten zamek trzeba będzie jednak odbudować.
Jarosław ukończył Politechnikę Gdańską jako inżynier mechanik, specjalista od spawania pod wodą - w zawodzie przepracował trzy miesiące. Wrócił do Gniewu w 1989 roku, w czasie wielkich przemian, kiedy dotychczasowy dyrektor Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury w Gniewie ustąpił miejsca młodym i zrezygnował z pracy. Namówiony przez śp. Augustyna Rąbałę, dyrygenta chóru szkolnego, Jarosław wystartował w konkursie na to stanowisko - i wygrał, mimo siedmiu kontrkandydatów. Jako jedyny zadeklarował, że dom kultury powinien otoczyć opieką ruiny zamku. Szef komisji konkursowej podobno zapytał ówczesnego Burmistrza ,kogo wybrać - ten odpowiedział: najmłodszego. Był nim właśnie Jarosław.
23 listopada 1992 roku MGOK wraz z Muzeum Archeologicznym w Gdańsku otrzymali zamek w zarząd, a już wcześniej, 15 listopada, zaczęli organizować front działań dla pierwszej grupy 150 bezrobotnych – zatrudnionych w ramach robót publicznych organizowanych przez Urząd Miasta i Gminy w Gniewie, finansowanych niemal w całości przez państwo. Prowadzili badania archeologiczne, oczyszczali teren, budowali infrastrukturę. Plan, który Jarosław spisał z przyjacielem, dyrektorem Muzeum Archeologicznego w Gdańsku Heniem Panerem, zrealizowali niemal w stu procentach do 1997 roku - a w tym samym roku frekwencja turystyczna w zamku sięgnęła stu tysięcy gości. Dziś liczba ta plasuję się na około 160-170 tysięcy. Po latach różnych form organizacyjnych - zakładu budżetowego, spółki, fundacji - w 2010 roku zamek trafił do prywatnego inwestora, który do dziś skutecznie prowadzi jego rewitalizację. Jarosław pamięta, jak jeden z wielkich mistrzów zakonu krzyżackiego odwiedzających Gniew zapytał kiedyś jednego z właścicieli, jak długo jeszcze potrwają prace remontowe. Usłyszał: "Dłużej, niż wyście to budowali."
Właśnie w tamtym czasie, na przełomie wieków, w trakcie robót publicznych, Jarosław poznał Wincentego Maciejewskiego. Potrzebowali sprzętu, na który nie było pieniędzy - Wincenty, bez wahania, pożyczył im wciągarkę. "Potrzebujecie, bierzcie, będzie potrzebna, to używajcie." Taki drobny gest, ale zapadł Jarosławowi w pamięć na zawsze: sympatyczny, opalony gość, o którym mówiło się w okolicy, że jak coś trzeba załatwić, to do Wincentego.
Ta znajomość nabrała prawdziwego znaczenia w 2001 roku, gdy zaczęli przygotowania do inscenizacji batalistycznej upamiętniającej Bitwę pod Gniewem z 1626 roku. Zaczęli od piechoty - taniej i łatwiejszej w organizacji. Jarosław zastosował coś, co można nazwać historycznym werbunkiem: razem z pierwszym zwerbowanym żołnierzem obchodził wszystkie okoliczne knajpy, stawiał kolejki, a po czwartej rundzie z każdego lokalu wychodziło już po pięciu, sześciu nowych żołnierzy. W ciągu miesiąca uzbierali prawie osiemdziesięciu ludzi i stworzyli Żółty Regiment Piechoty.
Regiment potrzebował patrona. W związku z tym Jarosław pojechał szukać sponsora do Szwecji, rozmawiał z Volvo, ze Scanią - i wrócił załamany, bo traktowano go z pobłażaniem. Aż ktoś przypomniał mu, że przecież zna Szweda - właściciela firmy, którą sam założył jeszcze za komuny, wchodząc jako udziałowiec do państwowego przedsiębiorstwa elektronicznego, tworząc jedno z pierwszych w Polsce Joint Venture, chyba w 1985 roku. Umówił się z nim, przedstawił projekt i w końcu usłyszał to na co czekał: fantastyczne, wchodzę w to, choć będziemy musieli rozłożyć finansowanie na dwadzieścia lat. Tak oto pułkownik Bjorn Gysell i Jego Firma Alarmtech zostali patronem regimentu - i tak zaczęła się jedna z pierwszych poważnych w Polsce rekonstrukcji autoramentu zachodnioeuropejskiego z XVII wieku.
Po pierwszym roku inscenizacji Jarosław i jego towarzysze zrozumieli, że potrzebują kawalerii - a więc husarii. Wincenty prowadził już wtedy własną stajnię, więc naturalnie się zmówili. W 2004 roku, na drugiej inscenizacji, pojawiła się pierwsza kawaleria - kilka koni od Wincentego. Wtedy Jarosław pierwszy raz usiadł na jego koniu i pomyślał: dobrze ułożone stworzenie. Tego samego roku ówczesny marszałek Jan Kozłowski wydał dekret na sformowanie chorągwi husarskiej, a Wincenty przyjął tytuł jednego z towarzyszy - z numerem siedem na dekrecie, z którego zawsze żartował.
Chorągiew rozrosła się do niemal trzydziestu pięciu koni. Stali się wzorem dla innych grup rekonstrukcyjnych jazdy narodowego autoramentu. Mieli okazję wielokrotnie pokazać husarię za granicą,w tym na wielkiej inscenizacji Terra Heroica w Kamieńcu Podolskim na Ukrainie - gdzie jechali na ukraińskich koniach, wcześniej łapiąc je i oswajając wprost na stepie. W roku 2018 prezentowali polską husarię w spektaklach na Arenie Muzeum Zbrojowni Królewskich w Leeds w Wielkiej Brytanii.
Jarosław cały czas czuł, że jeżeli chce kontynuować jeździectwo, potrzebuje stajni blisko domu. Mieszkał wtedy na Starym Mieście w Gniewie, więc nie miał takiej możliwości - ale podzielił się tym marzeniem z Wincentym. Ten zapamiętał. "Będzie taki moment, że znajdziemy ci piękne miejsce w Opaleniu" - powiedział kiedyś. I tak się stało: 31 grudnia 2006 roku Wincenty pokazał mu kawałek ziemi i powiedział po prostu: jeśli chcesz będzie twoja. Okazało się, że właścicielem był jego krewny.
Decyzja o przeprowadzce nie przyszła Jarosławowi łatwo. Kiedy w 2008 roku zaczął się kryzys, miał poważne wątpliwości - utrzymanie rodziny, ryzyko wieloletniego zadłużenia. Pamięta wieczór w Irlandii, podczas misji partnerskiej między Gdańskiem a regionem Limerick, kiedy zamiast iść z kolegami do pubu, zadzwonił do żony i powiedział, że chyba nie dadzą rady zbudować domu. Ona odpowiedziała tylko: to twoja decyzja. Wrócił, przekazał to Wincentemu - a ten nie dał mu się poddać. Wincenty to ktoś, kto w takich momentach po prostu "zasadza kopa" i każe iść dalej. - mówi Jarosław. W 2010 roku Jarosław sprzedał dom w Gniewie i przeprowadził się do Opalenia.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak w czasie pandemii. Dla wielu była tragedią - dla Jarosława stała się kolejnym impulsem. Pracując na co dzień w zamku, nagle został odcięty od gości, od aktywności. Zaczęli więc, w ramach wsparcia Lokalnej Grupy Działania, planować coś, co miało ich trzymać przy życiu w czasie izolacji - tak narodził się pomysł Panteonu Husarii.
To miejsce nie jest rekonstrukcją fortecy - to raczej scenografia, mały "domeczek", dwór złożony z sieni, który pozwala ludziom oderwać się od codzienności i poczuć inny czas, choć wciąż z prądem, wodą i internetem. Budowę prowadził ich wspólny przyjaciel Andrzej Stec - wybitny cieśla, człowiek wielkiego talentu, zarówno w wykonaniu, jak i w projektowaniu. Jarosław miał z nim komfort absolutny: wystarczyło powiedzieć, co chce zbudować, resztę Andrzej projektował sam. "Pożyczył" go od Wincentego podobno na miesiąc - wyszły niemal dwa lata pracy, przy drewnie tak mokrym, że z niego ciekła woda, a mimo to konstrukcja nigdzie nie popękała.
W 2023 roku w wyniku upadku z rusztowania Jarosławowi groziła amputacja nogi. Pierwsza myśl, jaka mu wtedy przyszła do głowy, nie była o rozpaczy, lecz o tym, ile kosztuje proteza, która pozwoli mu dalej jeździć konno - w głowie odciął sobie tę nogę mentalnie, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek zdecydować. To był ciężki czas, ale przeżył wtedy coś, co nazwałby niesamowitą formą braterstwa: nie było dnia bez deklaracji pomocy od przyjaciół, nawet takiej, o którą nie prosił. Rok później, w 2024 roku, zmarł Andrzej Stec. To był drugi trudny moment, kolejne zawahanie w kontynuowaniu budowy Panteonu, który wciąż nie jest ukończony. Ale przyjaciele mówią Jarosławowi zawsze to samo: nie przejmuj się, dokończymy to razem.
Równolegle do husarii Jarosław rozwijał inną pasję - rekonstrukcję średniowieczną i jousting, czyli konny pojedynek rycerski. Zaczął od inscenizacji bitwy pod Grunwaldem, którą współtworzył niemal trzydzieści lat temu, a której reżyserem do dziś jest Krzysiu Górecki, jego przyjaciel z Gniewu,. Dzięki organizacji gniewskiego turnieju kopijniczego był zapraszany na najbardziej prestiżowe zawody na świecie, reprezentując Polskę. Nie przejmował się własnymi ograniczeniami fizycznymi - liczyła się motywacja i technika trafienia w przeciwnika, a skuteczność miał taką, że rywale odczuwali to dosłownie na własnym ciele.
Z czasem przekazał tę pasję dalej - przede wszystkim zięciowi Wincentego, Krystianowi, który poznał konie właśnie dzięki teściowi i osiągnął wyżyny: pięciokrotnie wygrał Polską Ligę Husarską i został mistrzem Europy w joustingu. To on i inni "Rycerze Gniewu" są dziś ich następcami - dwa lata temu razem z Jarosławem pojechali na turniej do Quebecu w Kanadzie: rok wcześniej wygrał tam Krystian, rok później Jarosław.
Jedna z wspólnych przygód Jarosława i Wincentego zasługuje na osobną opowieść. Pewnego razu, na fali fascynacji dziedzictwem, które Szwedzi zabrali z Polski w XVII wieku, postanowili pojechać do Sztokholmu i - uzbrojeni w stroje historyczne - zażądać zwrotu "przypadkowo zagrabionych" łupów. Popłynęli promem, dotarli do Zbrojowni Królewskiej, odczytali odezwę do króla, zapowiadając nawet symboliczne "starcie wojenne" na historycznym polu bitwy z 1626 roku, gdyby ich żądania nie zostały spełnione. Wywołali niemałą dyplomatyczną aferę - jeszcze w trakcie podróży zadzwonił do nich zaniepokojony ówczesny rotmistrz, marszałek Jan Kozłowski, pytając, czy żartują. Nie żartowali.
W Sztokholmie zostali rozbrojeni, musieli zostawić szable w szatni, ale zdążyli zrobić swoistą "inwentaryzację zagrabionych dóbr" i przybić odezwę do drzwi Pałacu Królewskiego, zanim strażnicy ich wyprosili. Po powrocie zadzwoniła do Jarosława kancelaria ówczesnego marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Był przekonany, że sprawa źle się skończy - zdążył nawet poprosić przyjaciół o cotygodniowe paczki z żelkami "na wypadek aresztu". Tymczasem marszałek pogratulował mu inicjatywy i zapowiedział powołanie senackiej komisji do rozmów ze Szwecją. Do dziś ich współpraca ze Szwecją trwa - Szwedzi zresztą sami zdigitalizowali swoje zbiory związane z tym dziedzictwem, co Jarosław uważa za gest wart uznania.
Dziś, patrząc na to wszystko - zamek w Gniewie, chorągiew husarską, Panteon Husarii w Opaleniu, dziesiątki lat wspólnej pracy - Jarosław mówi, że najważniejsza w tym wszystkim nie jest żadna z tych budowli, tylko przyjaźń, która trwa od czasów pożyczonej wciągarki. Czasem siedzi z Wincentym i mówi mu: właściwie stworzyliśmy tu dom kultury. A kiedy brakuje mu sił, żeby dokończyć to, co jeszcze niedokończone, Wincenty wciąż jest tym, który "zasadza kopa" i mówi: idziemy dalej.