18/10/2026
Wokulski zabiegał o względy Izabeli Łęckiej za własne pieniądze. Polscy politycy robią to samo wobec Waszyngtonu, tyle że za pieniądze nas wszystkich.
Obserwując polską politykę zagraniczną, trudno uciec od skojarzeń z „Lalką” Bolesława Prusa. Stanisław Wokulski był sprawnym przedsiębiorcą, człowiekiem pragmatycznym i skutecznym w interesach. Doskonale rozumiał mechanizmy rynkowe i potrafił negocjować. Cała ta chłodna kalkulacja znikała jednak w relacji z Izabelą. Wydawał majątek, poświęcał czas i energię w nadziei na wzajemność, podczas gdy druga strona chłodno dysponowała swoją pozycją i nie miała zamiaru oferować nic w zamian.
Dokładnie ten sam mechanizm widać dziś w naszych relacjach z USA.
Kolejne ekipy prześcigają się w deklaracjach lojalności. Miarą sukcesu dyplomatycznego staje się to, kto dostanie zaproszenie do Białego Domu, z kim amerykański prezydent uściśnie dłoń albo kto wywalczy pamiątkowe zdjęcie. Amerykanie w tym czasie realizują twarde interesy, wykorzystując swoją przewagę gospodarczą i militarną. My z kolei zachowujemy się tak, jakby bezwzględne podporządkowanie miało automatycznie zagwarantować nam bezpieczeństwo.
Trafnie ujął to niedawno Jacek Bartosiak: "w relacjach z USA zachowujemy się jak zakochany Wokulski. My żywimy się nadzieją, Amerykanie liczą".
Przykładem jest podejście do amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce. Stacjonowanie wojsk USA zwiększa nasze bezpieczeństwo i utrzymanie tej współpracy jest uzasadnione. Tyle że Amerykanie nie robią tego z sentymentu. Ich obecność w Europie Środkowej wynika z ich własnych celów strategicznych - daje im realny wpływ na sytuację w regionie i wzmacnia ich pozycję wobec innych mocarstw.
To relacja dwustronna. Dlaczego więc w publicznej debacie niemal nie pojawiają się pytania o to, co konkretnie uzyskujemy w zamian, jakie twarde zobowiązania podejmuje sojusznik i jak rozkładają się koszty tej współpracy?
Ekscytacja deklaracjami przesłania chłodną ocenę faktów. W relacjach międzynarodowych nawet najbardziej podniosłe zapewnienia nie zastąpią twardych zapisów umownych i własnych zdolności obronnych.
Różnica między XIX-wiecznym literackim bohaterem a współczesnymi decyzjami politycznymi jest jednak zasadnicza. Wokulski ryzykował własnym kapitałem. Mógł ponosić konsekwencje swoich złudzeń, bo wydawał prywatne pieniądze. Polscy politycy operują budżetem państwa. Każdy zakup sprzętu, każde wieloletnie zobowiązanie finansowe i każda umowa obciążają podatników.
Sojusz z USA jest kluczowy, ale partnerstwo wymaga pragmatyzmu i umiejętności negocjowania. Będąc lojalnym sojusznikiem, można i należy twardo dbać o własny interes.
Wokulski za brak chłodnego osądu zapłacił osobiście. W polityce zagranicznej cenę za rachunek złudzeń płaci całe państwo czyli my wszyscy.