24/09/2026
Witam wszystkich bardzo serdecznie.
Dzisiaj miałem przyjemność posłuchać wspomnień p. Zdzisławy Lindy, wspaniałej osoby która zabrała mnie na sentymentalną wycieczkę do lat 50 –tych, 60-tych oraz 70-tych.
Odwiedzimy teraz szpital w Kocborowie i poznamy jego dawne sekrety.
Nazywam się Zdzisława Linda, a pracę w Kocborowie podjęłam w 1955 roku. Na początku pracowałam w charakterze salowej, następnie po 5 latach kursów pielęgniarskich zostałam pielęgniarką i stopniowo pięłam się po szczeblach, najpierw jako oddziałowa, potem jako przełożona, i na tym stanowisku skończyłam pracę zawodową.
Zaczęłam jako siedemnastoletnia dziewczyna na oddziale czternastym, potem już jako pielęgniarka na oddziale 24, a następnie na oddziale 22 jako oddziałowa.
W tych latach, kiedy ja pracowałam, to była praktycznie bieda. Z dworca do szpitala w Kocborowie prowadziły tory, tutaj przez naszą ulicę Skarszewską i takimi jak to nazywali „lorkami”,( lorki to były takie wózki na szynach), przewozili nimi nawet węgiel. Na terenie szpitala, również były tory, i na tych lorkach przewoziło się posiłki. Na skrzyżowaniach trzeba było przekładać zwrotnice z uliczki głównej, na uliczki boczne. I tak tym wózkiem, tą lorką na uliczki boczne, dowoziło się te posiłki. Były to bardzo prymitywne warunki, ale takie były czasy. Z biegiem lat zrezygnowano z wózków które korzystały z szyn i zastąpiono je wózkami kołowymi. Na te wózki kładło się termosy i ciągnęło się je z tymi termosami pod każdy odział. Obecne pojazdy, to jest dobrodziejstwo cywilizacji.
Współczesne leczenie jest zupełnie inne niż dawniej, chorych było o wiele więcej, bo dzisiaj są to ” sanatoria” po 30 pacjentów na oddziałach. Dawniej przyjmowaliśmy na oddział 100, 120 pacjentów. Kiedy wszystkie łóżka były pozajmowane, to jak zachodziła taka potrzeba to były rozkładane materace na podłodze, na głównych gankach i chorych się kładło głównie tam. Jak się trafiła wszawica to od tego pierwszego materaca, to do rana, 6 czy nawet 7 pacjentów obok, było już zakażonych wszawicą, takie były warunki kiedyś. Było bardzo ciężko, choć personelu było dosyć dużo jak na tamte czasy, no ale też roboty było wiele przy tych chorych. Chorzy nie byli tak jak dzisiaj farmakologicznie ustawieni. Dawniej chorego pogotowie dowoziło do izby przyjęć i tego ciężko chorego, który cały czas krzyczał, przez całą drogę, przeprowadzało się go, aż do ostatniego oddziału. Wyglądało to bardzo źle, dzisiaj jest już dużo lepiej.
Przy szpitalu działało gospodarstwo rolne które wspierało szpital. Pacjenci nie tak jak dzisiaj, że nie mogą pracować, wtedy pracowali bardzo chętnie i oczywiście za wynagrodzeniem, głównie za papierosy i słodycze, ciastka, takie rzeczy.
Gospodarstwo było prawie samowystarczalne i ogrodnictwo również, te wszystkie warzywa, wszystko tam było z własnej uprawy. Na tym gospodarstwie funkcjonowała też rzeźnia, zabijali tam świnie i przerabiali to wszystko. Na terenie szpitala, była piekarnia, był pyszny chleb i bułeczki, drożdżówki, wszystko można było tam kupić. Była mleczarnia, było mleko, no i takie usługi jak szewc, czy stolarz, można było z tego korzystać, oczywiście za odpłatnością, ale jednak. W tamtych trudnych czasach to bardzo nam pomagało.
Dzisiaj oddziały mają okna plastikowe, bezpieczne. Kiedyś, za moich czasów, wszystkie okna były normalne, tego starego typu, i taka chora, a one czasem były bardzo chore, to jak wpadła w taki szał powiedzmy ( może to nie odpowiednie słowo), to na sali, jak było po 6 po jednej i 6 dużych okien po drugiej stronie, to te wszystkie szyby poleciały. Takie były czasy.
To co mówię to jest prawda, tak było ale powiem tak, to są bardzo istotne informacje bo dzisiaj na przykład osoby nie mają pojęcia jak funkcjonowała psychiatria w latach pięćdziesiątych.
Przed wojną i chwilę po wojnie nie było psychotropów, tych specjalistycznych lekarstw które pomagały, wtedy leczenie było głównie insuliną. Wprowadzało się chore w głęboki stan komy. Potem wprowadzili Fenactil . Były też elektrowstrząsy i elektro topy dla poprawy stanu zdrowia pacjentów.
Na terenie szpitala znajdowała się sala rozrywek która była głównie dla pacjentów. Z oddziałów prowadziło się chorych na salę i tam były różne gry i zabawy z muzyką włącznie. Była orkiestra dęta i tam pan Baniecki przygrywał chorym którzy tam tańczyli.
W Sali rozrywek odprawiane były też msze święte, ksiądz odprawiał msze w których uczestniczyli pacjenci i pracownicy szpitala. Dużo było pacjentów w tamtym czasie bo ponad 1000. Dwadzieścia oddziałów, każdy po 120, 80 i 70 to już była prawie najniższa liczba .
Dzisiaj na terenie szpitala jest cicho, obecnie pacjenci tak nie chorują jak kiedyś, bo farmakologia poszła na przód i wycisza w inny sposób ale wtedy, no niestety nie było tak dobrze.
Osobiście wspominam okres mojej pracy do samej emerytury mile, naprawdę bardzo mile, chwaliłam sobie personel i starałam się żeby to wszystko tak jakoś tam pogodzić bo różnie to bywało w oddziałach.
Dawniej oddziały ogrzewało się z centralnego ogrzewania, natomiast w piwnicy były piece i to my sami w każdym oddziale musieliśmy rozpalać tam w tym piecu ogień , żeby podgrzać wodę do kąpieli i do mycia naczyń. W latach pięćdziesiątych to na pewno było tak jak mówię, a dopiero potem z upływem czasu to się zmieniło.
Na terenie szpitala była orkiestra dęta która liczyła 25 muzykantów. Orkiestra zajmowała wysokie noty podczas różnych konkursów, jeździli na występy do Szklarskiej Poręby i nie tylko. Ta orkiestra to była chluba naszego szpitala bo przy każdej akademii, przy każdych uroczystościach, a kiedyś to przecież były obowiązkowe te 1 maja, 22 lipca, to orkiestra obowiązkowo musiała grać w tych pochodach i brać w nich udział ale to było bardzo miłe.
Do pracy w szpitalu byłam przyjęta za doktor Kuczewskiej , potem był doktor Dłużewski to był wspaniały człowiek, taki naprawdę, krótko była doktor Słowińska potem doktor Dobrzyński i doktor Szminda , dr Lebiedzińska , dr Rudnik i obecnie dr Bielan. Dr Dłużewski najdłużej rządził za moich czasów i był najbardziej sprawiedliwy, tak uważam., jego żona też była lekarzem.
W szpitalu można było się rozwijać jeżeli chodzi o edukację były kursy pielęgniarskie, kursy asystentów medycznych i sanitariuszy.
W tamtych czasach były też czyny społeczne. one były po prostu obowiązkowe. Na oddziałach musieli przygotowywać osoby do tego czynu społecznego. Z każdego oddziału, wtedy tam po ileś osób, w określonym czasie i trzeba było ten czyn wykonać. Te czyny wykonywało się głównie w parku kocborowskim. W tych latach o których mówimy, to był taki porządek na terenie szpitala. Ktokolwiek przyjechał z zewnątrz to był wprost w szoku, bo było tyle kwiatów, tak czyściutko, no bo wtedy można było się wspierać pacjentami, a dzisiaj to nie wolno. Jak dzisiaj mam iść przez teren szpitala, co mi się rzadko zdarza, to najlepiej bym musiała z zamkniętymi oczyma, tak, taką różnicę widzę.
Zmieniły się przepisy i pacjentów nie można brać do prac porządkowych ale uważam że to jest błąd, bo to jest terapia dla pacjenta oni tak chętnie by niektórzy, naprawdę bardzo chętnie by tam sprzątali, no ale co tam.
Mój mąż Bronisław również pracował w szpitalu w Kocborowie, na oddziale 21. Pracował 25 lat na obserwacji sądowo-psychiatrycznej, tam gdzie dzisiaj jest ROPS To był czas, że pewnego razu doszło tam do zdarzenia, pacjenci zbuntowali się i w nocy personel obezwładnili, zabrali klucze do drzwi, otworzyli oddział i pouciekali. Trzeba było wezwać tam już siły zewnętrzne i zostały wezwane samoloty bo pacjenci się rozproszyli i był problem. Innym razem jeszcze to się zbuntowali i i na personel się też rzucili, to wtedy żeby uspokoić towarzystwo bo chorych tam było ponad 100 to wtedy przyszła pomoc z oddziału siedemnastego, przeciwległego, no to podłączali wodę i ich tam tymi wężami na 21 ich uspakajali. To był wtedy oddział 21- obserwacja sądowa. Mój mąż był pielęgniarzem na tym oddziale, później oddziałowym. No i tak doczekał 92 lat i zmarł. Długo żył ,bo się dobrze ożenił (hahaha)
Mąż był też członkiem orkiestry kiedy tylko powstała to on już należał do niej i do samego końca był aktywnym.
Rodzina długo pracowała w szpitalu po wojnie, teraz syn Roman w statystykach, no i jeszcze pracowała moja synowa Elżbieta- analityk w laboratorium. Aktualnie Dorota moja wnuczka, pracuje jako psycholog na oddziale dwudziestym trzecim.
W tamtych czasach to na dyżurach nocnych, to było jeszcze tzw.” pogotowie”.
To był wyznaczony oddział, pokój i łóżka i tam spali pielęgniarze, głównie mężczyźni, i gdyby coś się w nocy działo na przykład, tak jak na oddziale 21 lub na innych oddziałach, gdzie trzeba by było pomóc, no to wtedy oni z tego dyżuru musieli pomóc, na tym dyżurze. Za moich czasów to też były kontrole nocne. Pielęgniarz chodził po oddziałach i pielęgniarki, bo były pielęgniarki, starsze pielęgniarki tak to się nazywało, no bo bali się, że powiedzmy zasną, a chorzy będą tam nie wiadomo co robić ale teraz to już słyszałam, że tak sporadycznie to robią, a chyba nawet już nie ma.
Ci chorzy naprawdę, to dzisiaj jest sanatorium, są dobre leki, pacjenci są bardzo dobrze ustawieni. Jeżeli chodzi o leczenie to farmakologia poszła naprzód.
Za moich czasów, to tak jak już wspominałam to jeszcze się leczyło Atropiną , dobrze robiła chorym, no ale to już historia.
Jeśli chodzi o kuchnię to posiłki były dobre, smaczne i obfite. Były też takie komórki w których pacjenci pomagali na przykład z wikliny, wikliniarnie, koszykarz na niego mówiliśmy, wyplatali tam. W dziale technicznym, na oddziałach to były tak zwane manufaktury, gdzie głównie na oddziale 21 pacjenci robili takie chodniki na krosnach. Pacjenci cięli takie paski ze zużytych sukienek, potem nabijali takie paski, następnie je łączyli i zwijali w takie duże kłęby. I tak robili takie chodniki które służyły oddziałach. Przy tym bardzo dużo chorych pracowało, nawet można było kupić takie chodniki. Powyższe prace wykonywało się wyłącznie na oddziale 21, na innych oddziałach, to były takie sale wydzielone, ale to była bardziej taka terapia zajęciowa na której były prace na drutach, pończoszki jakieś tam robili, takie rzeczy ale to już w latach późniejszych.
Za pierwszą moją wypłatę kupiłam sobie chustkę na głowę, bo takie były modne, z Milanówka, to było po wypłacie, bo były drogie chustki. Wynagrodzenie było słabe w tamtych czasach, bardzo słabe, później tak stopniowo poszło w górę ale dzisiaj to pielęgniarki bardzo dobrze zarabiają. Spacery z pacjentami na terenie szpitala były obowiązkowe. Na oddziałach 21, 23, 22 i 24, były takie spacerniaki za budynkiem oddziału, to tam się wyprowadzało chorych. Tylko te 4 oddziały mają takie spacerniaki, gdzie są zabezpieczone murami, bo przy każdym oddziale to jest też taki ogród, tam są ławki.
Jeśli chodzi o pracę to najpierw byłam przyjęta na oddziale 14, później na 24, no i następnie na oddziale 22 pracowałam jako oddziałowa i na trójce, już jako przełożona. Do przełożonej to należały gównie oddziały i głównie kontakt z oddziałowymi, bo to oni tam mieli swoje bolączki, czasem z personelem, to oni mnie wtedy prosili o podmianę pewnych osób i wtedy ja tam po cichu, rozwiązywałam te problemy, bezboleśnie szczerze mówiąc. Starałam się to załatwić tak jakoś dyplomatycznie, no tak się robiło. Między personelem tak muszę powiedzieć, że raczej dosyć zgodne towarzystwo było, ludzie mieli różne charaktery, przy takiej liczbie personelu, no bo tego personelu na oddziałach to po 30 i więcej było na tamte czasy. Brało się ludzi z ulicy, po prostu, ludzie przychodzili do pracy bezpośrednio, bo tutaj był duży zakład.
Na terenie szpitala była jeszcze Zakładowa Straż Pożarna. Remiza znajdowała się za szkołą medyczną, tam mieli swoją siedzibę, a członkowie tej straży to byli pracownicy szpitala, głównie pracownicy techniczni z warsztatów, stolarni.
Była świetnia orkiestra, grali pięknie na dożynkach, bo wtedy były huczne dożynki . Gospodarstwo i ogrodnictwo przecież kupę tych chorych tam po 40, 50 chorych dziennie chodziło do pracy no to wtedy były dożynki takie uroczyste przed dyrekcją szpitala, dyrektor przyjmował wieńce od chorych i wtedy wszyscy szli do parku kocborowskiego. Były tam przygotowane różne niespodzianki dla chorych z których bardzo się cieszyli np. cukierki, a to a tam papieroski, a to paróweczki, było bardzo uroczyście.
I tak na koniec dodam, że dawniej nie wolno było chodzić kobietom po męskiej stronie i odwrotnie. Tylko w wyjątkowych sytuacjach, w jakiś wypadkach, a tak w ogóle, na męskiej stronie nie pracowały kobiety, dopiero później sporadycznie wprowadzali kobiety na oddziały męskie, bo mężczyzn było mniej, co raz mniej. Dzisiaj kobiety stanowią większość na oddziałach ale w latach sześćdziesiątych to tak było jak mówię.
Na emeryturę przeszłam w 1995 roku.
Tak wyglądała moja praca w szpitalu.
Dziękuję bardzo za wywiad.
Marek Ossowski.