07/09/2026
„Siewczyni pszczół” – Daria Strączyńska - książka znad jeziora. ;-)
Nie jest to książka, którą łatwo opisać jednym zdaniem. I chyba dobrze, bo już od pierwszych stron wiadomo, że mamy do czynienia z czymś przewrotnym, nieoczywistym i zdecydowanie oryginalnym.
To opowieść o kobietach, naturze, wolności, strachu i tym, co przez wieki pozostawało niezrozumiane, a przez to budziło lęk. O świecie, w którym granica między człowiekiem a przyrodą jest bardzo cienka, a głos może otrzymać niemal wszystko: nie tylko człowiek, ale także kruk, łąka, ziemia czy zwierzę. Ten zabieg sprawia, że historię oglądamy z wielu, czasem zaskakujących perspektyw.
Największą siłą powieści jest jednak język. Gęsty, obrazowy, chwilami surowy, a jednocześnie niezwykle poetycki. To książka, którą momentami bardziej się chłonie, niż zwyczajnie czyta. Słowa mają tu swój rytm i ciężar, budują atmosferę niemal baśniową, choć sama opowieść potrafi być mroczna i przejmująca.
Podoba mi się również to, że „Siewczyni pszczół” nie podaje wszystkiego wprost. Zostawia miejsce na własne odczytanie, na zatrzymanie się przy zdaniu, obrazie czy myśli. Można czytać ją jako baśń, opowieść o kobiecej niezależności, historię o relacji człowieka z naturą, ale też jako przypomnienie, jak łatwo odmienność staje się powodem do osądu.
Czy jest idealna? Nie. Zresztą chyba nie ma książek idealnych. Są natomiast książki własne, mające swój charakter i głos. „Siewczyni pszczół” zdecydowanie taki głos posiada.
Wystarczy zajrzeć do środka, przeczytać kilka pierwszych stron, by poczuć, że to będzie lektura inna od wielu innych. Trochę dzika, trochę baśniowa, momentami niepokojąca, a przede wszystkim napisana językiem, który potrafi zatrzymać.
Książka dla tych, którzy lubią literaturę nieoczywistą, klimatyczną i taką, która po przeczytaniu jeszcze przez jakiś czas pozostaje w myślach.